Przejdź do treści głównej

Kto się boi równości (i dlaczego)?

autor(ka): Natalia de Barbaro
2004-09-20, 14:00
archiwalne
Mało kto powie, że kobieta powinna mieć mniej praw niż mężczyzna, ale poza poprawnymi politycznie deklaracjami jest jeszcze rzeczywistość kształtowana przez to, co naprawdę mamy w głowach i sercach. A rzeczywistość jest taka, że dzisiaj w Polsce w wielu ważnych obszarach nie ma (jeszcze?) równości. Dlaczego boimy się konsekwentnego wcielenia w życie idei tak, wydawałoby się, niekontrowersyjnej, jak ta, że kobieta i mężczyzna powinni mieć takie same prawa? Natalia de Barbaro, wykładowczyni z Uniwersytetu Jagiellońskiego, podpowiada: ponieważ jesteśmy przyzwyczajeni do nierówności, bo nie chcemy zaprzeczać własnym wyborom, aby nie tracić dobrego samopoczucia, a także dlatego, że boimy się utraty statusu, na przykład z powodu ogromnej konkurencji na rynku pracy. Czy rozpoznają Państwo własne reakcje?

Dlaczego boimy się konsekwentnego wcielenia w życie idei tak, wydawałoby się, niekontrowersyjnej, jak ta, że kobieta i mężczyzna powinni mieć takie same prawa?


Po pierwsze: z przyzwyczajenia
Po pierwsze, z przyzwyczajenia. Psychologowie poznawczy mówią, że najsilniejszą  "motywacją poznawczą" naszego umysłu jest to, żeby nie zmienić zdania. Tak zwana ciekawość świata, dążenie do prawdy czy własnego rozwoju przegrywają w przedbiegach z tendencją, żeby zgadzać się z samym sobą - czyli z tym, co do tej pory myśleliśmy. Jakkolwiek oburzający byłby ten mechanizm, dotyczy każdego z nas: także Ciebie, czytelniku (czytelniczko J). Jeśli czytasz ten tekst, to znaczy, że już uznajesz tak zwaną "kwestią równościową" za ważną - a ci, którzy myślą inaczej, czytają inne teksty.  I jeśli coś zapamiętasz z tego, co teraz piszę, będą to z dużym prawdopodobieństwem fragmenty streszczające Twoje poglądy. Tak wygląda ekonomia naszego umysłu: oszczędzamy "zasoby poznawcze", broniąc się przed nowościami - ponieważ ich przyswajanie zajęłoby zbyt wiele czasu i "przestrzeni mentalnej". Dlatego jeśli całe życie uważałam, że miejsce kobiety jest w domu, trudno będzie mi zmienić zdanie. 

Po drugie: ze strachu przed zaprzeczeniem własnym wyborom
Po drugie, boimy się równości, ponieważ boimy się zaprzeczyć własnym wyborom. Ten powód, podobny do pierwszego z wymienionych, związany jest z pojęciem "dysonansu poznawczego". Ludzie starają się unikać sytuacji, w której to, co myślą, nie zgadza się z tym, co robią - i odwrotnie. Jeżeli całe życie uznawałem za naturalne, że żona pierze, prasuje, gotuje, zmywa i wykonuje inne pomniejsze czynności, podczas kiedy ja zajmuje się realizacją celów wyższych, muszę mieć w głowie pogląd, który pasuje do takiego modelu. Gdybym nagle miał uznać, że prasowanie jest w równym stopniu powołaniem kobiety, jak i mężczyzny, musiałbym zaprzeczyć własnym wyborom. Jeśli jestem sędziną, która od lat w sprawach o opiekę nad dziećmi orzeka raczej na rzecz kobiet, bo to one są przez "naturę" stworzone do rodzicielstwa, zmieniając zdanie musiałabym przyznać się do wielu błędów.

Po trzecie: z lęku przed utratą stausu i dóbr
Po trzecie, boimy się równości, ponieważ boimy się utraty statusu i innych - materialnych lub pozamaterialnych - dóbr. Możemy też bać się wysiłku koniecznego do pozyskania tych dóbr. Badania pokazują, że młodzi mężczyźni w Polsce są bardziej konserwatywni niż ich starsi koledzy. Socjolodzy tłumaczą to silną konkurencją na rynku pracy - jeżeli młode, wykształcone kobiety będą miały pełny dostęp do tego rynku  - zarówno w sensie formalnym, jak i psychologicznym i społecznym - to konkurencja będzie jeszcze silniejsza. Dodatkowo przyjęcie w pełni "równościowych" poglądów oznacza dla młodego małżonka - jeżeli nie chce doświadczać dysonansu poznawczego - konieczność codziennego dzielenia z żoną domowych obowiązków, nazywanych "siedzeniem w domu" tylko przez tych, którzy nigdy ich nie wykonywali. Z kolei dla kobiety przyjęcie, że ma równe prawa i te same możliwości, co mężczyzna, odbiera jej bezpieczne złudzenie, że natura życzy sobie stanowczo, żeby zajęła się wyłącznie czynnościami domowymi. Oczywiście wybór roli gospodyni domowej może także być wyborem świadomym i wolnym. Bywa jednak, że kobieta woli powtarzać swoim dorastającym dzieciom, że wszystko dla nich poświęca, niż zmierzyć się z sobą w roli innej niż żona i matka.

Jeżeli tak wielka jest siła nawyku, tendencja do potwierdzania własnych wyborów i obrony zdobytego już terytorium, to jak to się stało, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nastąpiła tak daleko idąca zmiana na rzecz równości? Jak to możliwe, że ja piszę ten tekst, podczas kiedy mój mąż zajmuje się naszym synem? Że mój głos może być usłyszany w publicznym dyskursie?

Bo poza nawykiem i dbałością o własne dobre samopoczucie jest jeszcze odwaga kwestionowania własnej nieomylności, otwartość, umiejętność rozmowy. Dzięki temu kobiety i mężczyźni "dobrej woli" mogą wspólnie budować nie tylko to, co w krótkiej perspektywie wydaje się wygodne czy "naturalne", a także to, co w swojej wolności uznają za sprawiedliwe. Takie jest Twoje, moje, nasze zadanie.



Natalia de Barbaro - psycholożka społeczna, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi zajęcia na Uniwersytecie Jagiellońskim.


LOGO

Miejsce: Kraków
Data wydarzenia: 2004-09-11
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 0 0

Skomentuj

KOMENTARZE

  • [+] Rozwiń komentarz WSZ dla kobiet ~Obcojęzyczny 24.09.2004, 11:50 "te same prawa i możliwości" jakie ma mężczyzna...ok. A co zobowiązkami, choćby sztandarowy postulat Wojskowej Służby Zasadniczej.... Selektywne Równouprawnienie? ODPOWIEDZ
  • Równości się nie boję ale... ~ 22.09.2004, 03:10 Równości się nie boję ale boję się niektórych pomysłów walki o nią. Przykład - parytety. W jednym z konkursów na fundusze unijne jest wymóg aby w zarządzie instytucji wnioskującej każda płeć miała minimum 40% przedstawicieli. W parzystych zarządach i w zarządach wieloosobowych taki parytet jest matematycznie możliwy ale już trzyosobowego zarządu się nie da skomponować. Poza tym nie rozumiem czemu to ma służyć. Jesli to pomysł na walkę o równy status kobiet i mężczyzn to gratuluję. Statut mojej organizacji dopuszcza dwu- lub trzyosobowy zarząd. Obecnie jest dwuosobowy, tak się składa, że dwie kobiety. I co teraz? Jedna z nas ma zrezygnować, żeby można było wprowadzić faceta, żeby było równo? Dlaczego kryterium płci ma być brane pod uwagę tam gdzie liczą się kompetencje? Kto to wymyśla? I co jeszcze wymyśli? Bo przecież nawet przy składzie 50-50 prezes ma głos decydujący, więc może wprowadzić wymóg dwóch prezesów, kobiety i mężczyzny, żeby żadna płeć nie była uprzywilejowana? A dalej co? Może nakaz zatrudniania takiej samej liczby kobiet i mężczyzn? ODPOWIEDZ
  • Panie, tu nie o kopalniach! ~Michał Sikora 21.09.2004, 03:27 Szanowny Grzegorzu - ten komentarz dedykuję głównie Tobie, ale też wszystkim, którym wydaje się, że kobiety to by chciały robić wszystko to, co mężczyźni. Nie znam kobiety, która chciałaby pracować "na przodku". Ale myślę, że jeśli by się takowa znalazła, to powinna mieć prawo spróbować. Przypomnę, że jeszcze niedawno uważano za absurd przyjmowanie kobiet do armii, a okazało się, że nieźle dają sobie radę i nie trzeba tu przywoływać przykładu Izreala. Równość rozumiem także jako dzielenie się PRAWAMI I ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ. Stąd myślę, że jeżeli popatrzymy na temat pracy, to przede wszystkim warto poruszyć kwestię nierównych płac - kobiety na tych samych sanowiskach zarabiają średnio około 20% mniej niż ich koledzy. Co ciekawe, ta dyspropocja się powiększa wraz z wyższą pozycją w hierarchii firmy, instytucji, itp. Osobiście nie chce mi się wierzyć, że wszystkie te panie gorzej pracują. Dodatkowo dochodzi jeszcze sprawa pytań o ciążę - wiadomo, facet w tej kwestii bezpieczniejszy:) Natomiast jeśli mówimy o równych obowiązkach - to chyba oczywiste jest, że kobieta ponosi odpowiedzialność za swoją pracę i musi wykonywać swoje obowiązki. Podobnie jak mężczyzna. Problem natomiast zaczyna się, gdy ta sama kobieta zajmuje się jeszcze całym domem i dziećmi, a mąż/partner czuje się zwolniony z tego obowiązku. Dzielenie się odpowiedzialnością to dla mnie też np. wychowywanie dzieci wspólnie. Chętnie też widziałbym podzielenie się obowiązkami w sferze publicznej i zobaczyłbym więcej kobiet w rządzie, parlamencie, radach gminy - ogólnie gremiach decyzyjnych. Trzeba to kobietom ułatwić, ale też je zachęcić. Tu obiektywnych przeszkód nie widzę, co więcej uważam, że można by się spodziewać innej perspektywy w podejściu do wielu społecznych, politycznych, godpodarczych kwestii . Dlatego popieram dyskusje i rozmowy na ten temat. Co do wspomnianego konfliktu, to piękniej byłoby obserwować zmiany społeczne bez walk na słowa (a czasem ostrzejszych), ale wydaje się to nierealne. Warto by jednak zamienić konflikt na różnicę interesów i wspólnie pracować nad sensownym rozwiązaniem. Pozdrawiam. ODPOWIEDZ
  • [+] Rozwiń komentarz Równe prawa = równe obowiązki ~Grzegorz Kowaluk 21.09.2004, 01:58 Popieram ideę równości ale należy zwrócić uwagę na to, że te z pań feministek, które najwięcej wypowiadają się o równości same nie wezmą się do ciężkiej pracy a i przecież kobiety nie mogą wykonywać pewnych zawodów ze względu na szkodliwe warunki czy wyjątkowe obciążenie fizyczne. Łatwo jest upominać się o równouprawnienie w pracy biurowej i na stanowiskach kierowniczych. Czy któraś z pań upomina się o równouprawnienie w pracy w kopalni pod ziemią czy w kamieniołomie? Prawda jest taka, że mężczyźni i kobiety różnią się od siebie nie tylko fizycznie ale i w pozostałych sferach trzeba się z tym pogodzić. To, że ktoś nie przyjmie kobiety na dane stanowisko nie musi zaraz świadczyć o dyskryminacji, chciaż zapewne często tak właśnie jest. Nie próbuję bronić żadnej ze stron, a cały konflikt uważam za nikomu niepotrzebny. Każdy powinien pilnować swoich obowiązków a jeśli okaże się, że ktoś inny jest w tym od niego lepszy (np. jakaś kobieta) to niech sie weźmie sam do pracy (np. przy zbiorze truskawek) i nie przeszkadza pracować innym. Na zakończenie i podsumowanie chcę dodać, że nie będzie nigdy równouprawnienia bez wyrównania obowiązków wobec obu płci - jeśli tego się zrobić z obiektywnych przyczyn nie da to nie może być mowy o dobrze pojętym równouprawnieniu. ODPOWIEDZ
  • PITU PITU ~~pornobaron 21.09.2004, 09:10 Nie jestem obrońcą patriarchalnego porządku, ale to co ta Pani tu nabzdurzyła jest psychologiczno-feministycznym PITU SRITU… jak będę miał nieco więcej czasu ustosunkuję się do niego nieco szerzej…. ODPOWIEDZ
  • pierwszy komentarz ~Zenon 20.09.2004, 05:08 Aż mnie dziwi, że jeszcze żaden z obrońców świętego patrialchalnego porządku się nie oburzył i nie skomentował. Przecież tu się feminizm i wyzwolenie kobiet promuje! A skoro tak równościowo, to już do "promocji" homoseksualizmu niedaleko! Powinno aż huczeć! ODPOWIEDZ

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • kobiety
  • prawa człowieka
  • społeczeństwo obywatelskie
  • tradycja