Przejdź do treści głównej

Problem tkwi w polityce [wywiad]

autor(ka): Magda Dobranowska-Wittels
2011-10-07, 06:21
archiwalne
W Polsce mamy do czynienia z poważnym kryzysem cywilizacyjnym. Nie radzą sobie z nim ani instytucje publiczne, ani biznes. W trzecim sektorze tkwi potencjał, dzięki któremu można by te problemy rozwiązywać. Ale sam sektor tego nie zrobi. Potrzebuje wsparcia ze strony silnego państwa – rozmawiamy z socjologiem, Piotrem Glińskim.

– Od lat krytycznie przyglądasz się zmianom społecznym w Polsce, szczególnie tym związanym z trzecim sektorem i społeczeństwem obywatelskim. Z Twoich diagnoz wynika, że – mimo wielu milionów euro, które napłynęły do Polski z UE w ostatnich latach i mimo optymistycznych wypowiedzi rządzących – nie radzimy sobie jako społeczeństwo i jako państwo z wieloma problemami.

Piotr Gliński: Mamy obecnie w Polce do czynienia z bardzo poważnymi problemami cywilizacyjnymi, wielowymiarowym kryzysem, z którym musimy się zmierzyć, jeżeli chcemy w ogóle sensownie funkcjonować. W przekazie medialnym dominuje kryzys ekonomiczny, gospodarczy. Tym bardziej, że to jest jedyny rodzaj kryzysu, który wzrusza polityków, ponieważ niekiedy bezpośrednio przekłada się na wyniki wyborcze. Zapomina się natomiast, że od wielu lat mamy na świecie kryzys kulturowy, cywilizacyjny, a także „wykluczeniowy”. W tym ostatnim przypadku chodzi o materialne, mentalne i cywilizacyjne wykluczenie olbrzymich grup społecznych i całych społeczeństw. Istnieje globalna „podklasa społeczna”. W Polsce te procesy są dodatkowo wzmacniane przez nasze uwarunkowania historyczne i transformacyjne. Doświadczamy bardzo wielu dramatycznie poważnych problemów społecznych, które nie są rozwiązane i nie są rozwiązywane w Polsce od lat. I tak sobie z nimi żyjemy, jakby to było normalne.

Co masz na myśli?

P.G.: – Na przykład to, że 26% polskich dzieci (najwięcej w Europie) żyje w środowiskach zagrożonych biedą ekonomiczną i kulturową. To jest klęska! ¼ młodego pokolenia już na starcie jest skazana na wykluczenie. A patrząc z drugiej strony: to rodzi także tysiące problemów, jakie społeczeństwo będzie miało z nimi w przyszłości. Bo są to ludzie – w zasadzie nie ze swojej winy – bez aspiracji kulturowych, z patologicznym systemem wartości itd. itp.

Mamy także ewidentny, systemowy kryzys edukacyjny. Polska szkoła nie wychowuje, nie wiadomo jaki system wartości miałaby przekazywać. Dominuje w niej przemoc i materializm. Sama instytucja nie została zreformowana. Mamy też olbrzymi problem w postaci Karty Nauczyciela. Gdzie na świecie są szkoły, w których nauczyciele – z całym szacunkiem dla wielu wspaniałych, polskich wychowawców i pedagogów, którzy stanowią jednak zdecydowaną mniejszość – mają, przy niskich pensjach, tak bardzo rozdymane przywileje, sankcjonujące w gruncie rzeczy przeciętniaków: ludzi, którzy w PRL-u na ogół zostali dobrani do tego zawodu poprzez negatywną selekcję. My, tzw. inteligenci warszawscy próbujemy się przed tym ratować i umieszczać nasze dzieci w lepszych szkołach, ale masa społeczeństwa nie ma takiego wyboru. System edukacyjny nie odpowiada na podstawowe potrzeby społeczeństwa. Nauczyciel nie jest autorytetem. Nie zdecydowaliśmy się odpowiedzieć na pytanie, kogo chcemy w tych naszych szkołach wychować, i do czego, do jakich wyzwań? Do sprawnej obsługi komputera, roli konsumenta w centrum handlowym, czy roli obywatela odpowiedzialnego za życie swoje i swojej wspólnoty? W najprostszym sensie etycznym dzieci nie są w szkole wychowywane, a później dziwimy się, że mamy w życiu społecznym tysiące różnych patologii.

Nadal nie poradziliśmy sobie z patologiami typowymi dla naszego regionu, np. z alkoholizmem. O tym się w ogóle nie mówi, a to są miliony uzależnionych ludzi, oddziałujących destruktywnie na swoje rodziny i otoczenie. W takim społeczeństwie żyjemy. To nie jest społeczeństwo, które jest na ogół pokazywane w mediach. Chyba, że przez pryzmat wypadków drogowych (zresztą, to następna kwestia społeczna, w której jesteśmy rekordzistami w UE i z którą zupełnie nie potrafimy sobie poradzić). Ale generalnie media uciekają od poważnych problemów społecznych. Dobrych, pogłębionych programów interwencyjnych jest coraz mniej, podobnie publicystycznych. Twórczość filmowa, dokumentalna jest ograniczona. Nawet jeśli jeden, czy drugi reżyser zrobi film o dzieciach, które się prostytuują, to nikt się tym nie przejmuje. Czy jakiś polityk, ministerstwo, podjęli w tej kwestii jakieś zdecydowane działania? A książkę na ten temat lubuski socjolog Jacek Kurzępa napisał kilkanaście lat temu, i to są rzeczy od lat znane. Wśród specjalistów. Politycy widocznie nie muszą być specjalistami… Ostatnio natknąłem się na szokującą informację, że 6% polskich chłopców i 9% dziewczynek w wieku 15 – 18 lat ma doświadczenia z płatnym seksem, czyli prawie 10% polskiej młodzieży niepełnoletniej jest tak głęboko zdemoralizowana…

Powinny na to reagować instytucje publiczne...

P.G.: – Mamy olbrzymią dysfunkcję, jeżeli chodzi o działanie instytucji publicznych. Sztandarowy przykład to służba zdrowia, ale każda poważna instytucja publiczna, od której zależy nasze życie jest niesprawna: szkoła, niedostępne przedszkola, poprawczaki, więzienia, pomoc społeczna, policja, sądownictwo, prokuratura, straż miejska. To nie działa. Każdy z nas ma takie doświadczenia.

Nie ma też w Polsce realnej debaty publicznej. Na przykład na temat jakości funkcjonowania instytucji publicznych. Debata publiczna jest zależna od stanu mediów, a te w Polsce są sterowane przez interesy polityczne i komercję. Dominuje interes polityczny, a więc wykluczający przeciwnika. Społeczeństwo jest oszukiwane, że istnieje jakaś dyskusja, czy debata, gdy w rzeczywistości, w zdecydowanej większości mediów, mamy monolog jedynie słusznych – na danym etapie politycznym – racji. Zresztą pozycję mediów prywatnych, komercyjnych, we współczesnym świecie, także w Polsce, charakteryzuje jakaś monstrualna hipertrofia władzy. Jak to jest możliwe, że szermując hasłem wolności słowa zyskały one tak potężną i praktycznie niekontrolowaną możliwość manipulacji społeczeństwem? Podczas gdy media obywatelskie – z uwagi na ubóstwo i małą skalę oddziaływania – prawie nie istnieją, mimo ich wysokiego poziomu i zaangażowania obywatelskich dziennikarzy. Nawet na poziomie lokalnym utraciły na ogół samodzielność i zostały uzależnione od samorządów. Z kolei rola – upolitycznionych w Polsce od lat – mediów publicznych jest żenująco słaba.

Równie katastrofalny jest stan polskiego życia politycznego. Żyjemy w bardzo niedojrzałej, słabej demokracji. Polityka jest sprowadzana do gry medialnej, mamy więc raczej mediokrację, a nie demokrację. O demokracji można mówić jedynie w kategoriach proceduralnych, a nie partycypacyjnych. A więc jest to typowy system demokratyczny, nie będący w stanie rozwiązywać problemów i zagrożeń, które – jak to opisał przed laty m.in. Alexis de Tocqueville – sam niejako produkuje i stwarza, takich np. jak dyktat przeciętności, tyrania większości, czy – w końcu – nieuchronna skłonność do przekształcania się w rządy autorytarne. Tych niebezpieczeństw doświadczyły przecież nad wyraz realnie i tragicznie pokolenia XX wieku. Demokracja ma więc immanentne wady, a najlepszym na nie lekarstwem, jak zauważył to już wspomniany de Tocqueville jest… więcej demokracji. Więcej deliberacji i partycypacji obywateli. A to z kolei wymaga odpowiedniego poziomu wyedukowania i kultury tych obywateli. Bez tego wszystkiego nie rozwiążemy tych dramatycznych problemów społecznych, o których wspomniałem. Powiem więcej: pierwszoplanowe współczesne wyzwania stojące przed Polską to nie budowa większej ilości stadionów czy dróg, a przezwyciężenie kryzysu w zakresie postaw społecznych.

– Coraz więcej zadań jest przekazywanych z poziomu centralnego na poziom lokalny. Może samorządy umieją radzić sobie z tymi problemami na swoją skalę?

P.G.: – Z badań socjologicznych wynika, że mamy wciąż kryzys samorządu. Polska reforma samorządowa jest co prawda uznawana za najbardziej udaną z wszystkich przemian instytucjonalnych po roku 1989. W zasadzie zostało stworzone coś z niczego. To trzeba docenić. Ale z drugiej strony olbrzymia część samorządów działa w sposób taki, jak niedojrzałe demokracje. Zostały opanowane przez różnego rodzaju lokalne grupy interesów, najróżniejsze: polityczne i biznesowe. Z badań wynika, że to są takie małe dyktaturki działające w otoczeniu słabych społeczności obywatelskich, a przy słabej świadomości ludzi jest bardzo łatwo manipulować nimi w takiej małej skali. Do tego dochodzi uzależnienie administracyjne i finansowe obywateli od samorządów (instytucje samorządowe są często głównym miejscem pracy na rynku lokalnym). Mamy też do czynienia z silną polityzacją samorządów (uzależnieniem od wiodących, bogatych partii politycznych), chociaż ostatnie wybory wskazywałyby na to, że w pewnych układach duże miasta potrafiły się przed tym obronić. Może jest to krok w kierunku zmiany społecznej, rozwoju postaw obywatelskich, która wreszcie powinna nastąpić. Tym bardziej, że stare, prymitywne układy lokalnych grup interesów mają współcześnie wielu nowych przeciwników – m.in. Internet i media obywatelskie. Ale generalnie władza na poziomie samorządowym trzyma się mocno i bez uczestnictwa obywateli, i nie ma interesu (i presji ze strony obywateli) w rozwiązywaniu prawdziwych kwestii społecznych. Lepiej wykazać się budową nowego chodnika niż stworzeniem dobrze i ambitnie wychowującej młodzież szkoły czy przedszkola. Wśród polskich elit władzy, na poziomie centralnym i samorządowym dominuje ta sama mentalność (interes): rozwiązywanie kwestii społecznych i cywilizacyjnych w zasadzie ich nie interesuje. Nie są z tego rozliczane w ciągu czteroletnich kadencji.

– Zaczyna ich interesować, gdy dochodzi do zamieszek takich, jak np. w Wielkiej Brytanii. Swoją drogą Wielka Brytania była nam pokazywana jako kraj, w którym nie brakuje mądrych projektów zapobiegających wykluczeniu.

P.G.: – Zamieszki są bardzo często współczesną, nieracjonalną odpowiedzią na poważne problemy społeczne. Wściekłość wykluczonych, wybuchy gniewu antyglobalistów, terroryzm – to wszystko jest już zjawiskiem jakoś „oswojonym” w świecie współczesnym. Wielka Brytania nie jest wzorem, ponieważ tam także są kwestie społeczne od lat nie rozwiązywane. Podobnie, jak w innych europejskich krajach. Jakiś czas temu były głośne zamieszki na przedmieściach paryskich, jeszcze wcześniej był bunt roku 68’. Społeczeństwa współczesne nie chcą skutecznie rozwiązywać takich problemów kulturowych, bo im się to nie opłaca. Albo próbują rozwiązywać je w niewłaściwy sposób, zgodny z ideologią, a nie wiedzą naukową. Dominujące elity polityczne nie są też, jak mówiłem, rozliczane z takich działań, bo zbyt słaba jest presja społeczeństw obywatelskich Prawie nikt więc nie myśli strategicznie o rozwiązywaniu kwestii społecznych. Nikt nie myśli odpowiedzialnie.

Kiedyś, w sytuacjach tragicznych gospodarczo, cywilizacyjnie, czy podczas wojen, ludzie szukali oparcia w wartościach (także w religii), w jakimś etosie, czy poważnym systemie wartości, który był twardy, nakazywał odpowiedzialność i obowiązki, ale dawał ludziom w zamian jakąś realną, długofalową receptę na życie, nadawał sens istnieniu i przetrwaniu. Zarówno jednostki, jak i wspólnoty politycznej. Można tu przywołać chociażby polskie pokolenia romantyków, pozytywistów czy Kolumbów. Oni, poprzez odniesienie do swoich etosów, myśleli strategicznie o prawdziwych kwestiach społecznych swej wspólnoty. W tym przede wszystkim sensie byli patriotami. Odwoływali się do pojęcia ojczyzny i wspólnoty. Część współczesnych elit taką postawę wyśmiewa. Nie zależy im na mocnym społeczeństwie i państwie, ową polityczną wspólnotę chroniącym. Ostatni Ogólnopolski Zjazd Socjologiczny odbywał się pod hasłem „Co się dzieje ze społeczeństwem?”. Czy społeczeństwo, wspólnota polityczna, naród to jest jeszcze coś, w ramach czego chcemy i potrafimy żyć? Czy jest to twór racjonalny? W tej chwili coraz więcej wskazuje na to, że wygrywają technologie indywidualizacji społeczeństwa. Nie obchodzą nas inni, nie cenimy wspólnoty. Zachłyśnięci rozwojem technologii i dobrobytem, zapominamy, że ludzie żyją we wspólnotach z uwagi na to, że są one racjonalne z punktu widzenia zaspokajania ich potrzeb życiowych, zwłaszcza w momentach kryzysowych….

– A co na to społeczeństwo obywatelskie?

P.G.: – Społeczeństwo obywatelskie powinno być podstawowym remedium na wszystkie omawiane tu problemy. Niestety w Polsce jest ono słabe – i w liczbach bezwzględnych, i we wskaźnikach jakościowych, i jeżeli chodzi o aksjologię. Jest słabe i enklawowe. Dodatkowo jeszcze boryka się z różnego rodzaju współczesnymi dysfunkcjami, związanymi z niekiedy źle pojętą profesjonalizacją, czy z tzw. „grantozą”. To też są zjawiska nie całkiem nowe, opisywane od dawna (w swojej książce z 2006 roku Style działań organizacji pozarządowych w Polsce jeden z podrozdziałów poświęciłem opisowi zjawiska „uzależnienia od grantów”), ale jak najbardziej realne, wzmocnione zresztą wyraźnie przez szeroką obecnie dostępność funduszy europejskich.

Nie mamy także ruchów społecznych, rozumianych jako coś więcej niż sektor pozarządowy. Ruch społeczny opiera się na wspólnotowych interakcjach między ludźmi, a więc na czymś co przechodzi powoli do przeszłości. W świecie współczesnym coraz mniej takich relacji się nawiązuje, także dlatego, że nowe media, Internet, produkują innego typu interakcje. W związku z tym współczesne ruchy społeczne mają zupełnie inny charakter, inną odporność na zagrożenia, inną możliwość realizacji zmiany społecznej itd. Opierają się na tzw. quasi-interakcjach i quasi-wspólnotach. Są więc w zasadzie quasi-ruchami społecznymi. Zamiast „tradycyjnych” ruchów społecznych, które niosły w sobie jakąś ideologię, jakąś w miarę konkretną treść zmiany społecznej oraz – co bardzo ważne – „duch wspólnoty” decydujący o ich sile i potencjale owej zmiany, mamy z jednej strony rozpaczliwe wybuchy wściekłości niezadowolonych i wykluczonych (w gruncie rzeczy bardzo łatwe do opanowania dla elit, pełniące często rolę „spuszczania powietrza” z napięć społecznych), z drugiej zaś – owe ruchy quasi-wspólnotowe, oparte głównie na interakcjach w Internecie, a dodatkowo mające charakter narcystyczny, medialny, celebrycki. W Polsce też mamy przykłady takich zjawisk. Nie ma u nas natomiast prawdziwych ruchów społecznych z ich prawdziwym esprit de corps. Nie wiem, czy ostatnim takim ruchem nie była Samoobrona. Można ją krytykować za monstrualny populizm, ale to był rodzaj spontanicznego ruchu, który powstał z pewnych strukturalnych powodów – na wsi było źle, pokazał się lider i za pomocą różnego typu manipulacji potrafił zmobilizować ludzi i przejść szybko do politycznej fazy rozwoju ruchu. Ruch antyglobalistyczny jest w Polsce słabiutki, ruch ekologiczny – słabiutki. Z jednej strony ruchy te niszczone są przez wspomnianą „grantozę”, bo ludzie zamykają się w małych enklawach, w swoich organizacjach, i „trzepią” projekty. A z drugiej strony działają głównie w świecie wirtualnym, w Internecie i mediach, gdzie często jest im po prostu działać łatwiej niż w realnej rzeczywistości i wobec realnych złożonych ludzkich problemów.

– Zagrożenia i problemy się mnożą. Sektor gospodarczy i polityczny nie potrafią sobie z nimi dać rady...

P.G.: – Czasami się udaje, ponieważ wolny rynek jest bardzo efektywny w rozwiązywaniu wielu kwestii, ale – jak wiemy – nie wszystkich. Polityka staje się w zasadzie immanentnie nieefektywna, bo w polu tzw. racjonalnych decyzji politycznych, obliczonych na sukces wyborczy i zdobycie bądź utrzymanie władzy, nie leży rozwiązywanie takich długofalowych kwestii społecznych. Wystarczy spojrzeć na polski rząd. „Tu i teraz” jest najważniejsze. „Ciepła woda z kranu” i – co najwyżej – orliki. Oto deklarowane wprost priorytety partii rządzącej. W Polsce nie istnieje na poziomie politycznym praktycznie żadna myśl strategiczna. Jest zespół Michała Boniego, z grupą młodych, sympatycznych ludzi, częściowo nawet z trzeciego sektora, ale to jest, co najwyżej, kwiatek do kożucha.

– Dziewięć przygotowywanych strategii nie rozwiązuje problemu?

P.G.: – Nie rozwiązuje. To jest dobry ruch, że z czterdziestuparu dokumentów robi się dziewięć strategii rozwojowych, ale miałem doświadczenia z produkcją dwóch z nich i nie napawa to optymizmem: zarówno jeżeli chodzi o tryb ich opracowywania (przez wyznaczonych urzędników ministerialnych), czas (chyba ze dwa lata), jak i sposób konsultacji. Jako Polskie Towarzystwo Socjologiczne dostaliśmy jedną z tych strategii do konsultacji. W terminie dwutygodniowym. A w trakcie jeszcze dwa świąteczne weekendy. To jest śmiech. Komuś nie zależy na tym, żeby te strategie były sensowne. Dlaczego akurat Ministerstwo Kultury zajmowało się opracowywaniem Strategii Rozwoju Kapitału Społecznego? Z rozdzielnika?

Pytałem też kiedyś Michała Boniego, czy to wszystko jest koordynowane z wydawaniem pieniędzy europejskich. Pierwszej transzy – nie, drugiej – też nie. To po co ta cała praca? Jeżeli dostajemy miliardy euro i to nie jest jedno z drugim powiązane? Czy tylko po to, żeby robić propagandę. Przyjdzie nowy rząd i napisze nowy taki sam, ale swój, dokument. Też dla propagandy?

Moim zdaniem opracowaniem takich dokumentów powinien się zająć dobry think tank, specjalnie do tego wynajęty, rządowy, państwowy, czy pozarządowy, ale z autorytetem (czyli nie nadmiernie upolityczniony), który pracuje ze specjalistami wiedzącymi na przykład, co to jest kapitał społeczny. Są w Polsce tacy. Ale z ich wiedzy się nie korzysta. Wiem, co mówię, bo przez sześć lat byłem przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Socjologicznego. Nikt nie chce korzystać z dorobku nauk społecznych. Nie istnieje żaden zinstytucjonalizowany system przekładania wyników badań społecznych na politykę. Korzysta się z sondaży, ze statystyk, do celów marketingu politycznego. A z prawdziwej wiedzy socjologicznej nie, bo nikogo to nie interesuje. Politykowi to tylko przeszkadza.

– Skoro polityka i gospodarka nie dają sobie rady z problemami społecznymi, to gdzie szukać takiego mocnego?

P.G.: – To jest właśnie obszar do działań dla trzeciego sektora. Sektor ma olbrzymi potencjał. To są w tej chwili tysiące ludzi wykształconych do tego rodzaju prac i programów. Pewne programy wystarczy multiplikować, jak przedszkola czy szkoły prowadzone przez stowarzyszenia, jak fundusze lokalne, jak to, co robi Barka, hospicja, fundacje twórcze itp. itd. Tysiące rzeczy, dobrych praktyk, można powielać na całą Polskę, bardzo sensownie, dzięki temu, w sprawdzony sposób, alokując zasoby. Oczywiście zasoby powinny być zwiększone, ale myślę, że fundusze europejskie, które idą do Polski wystarczyłyby na to w zupełności. Tylko niestety, sektor sam z siebie tego nie zrobi. Rozwiązanie tych problemów wymaga więc wsparcia ze strony państwa. Państwo musi być sprawne i mocne. Dopiero takich dwóch partnerów może rozwiązać te kwestie. Z jednej strony sprawnie funkcjonujące, silne – nie boję się tego określenie – państwo, a z drugiej – partner obywatelski, dojrzały, rozwinięty, kompetentny i oddany swojej misji. Niestety, partner obywatelski w Polsce nie będzie silny dopóki państwo mu nie pomoże, nie zaangażuje się.

– Na czym miałaby polegać pomoc państwa?

P.G.: – Jestem zwolennikiem czegoś w rodzaju Narodowego Programu Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Czyli pieniądze?

P.G.: – To nie są tylko pieniądze, to są także pomysły, jak je sensownie wydać, pomysły instytucjonalne, to jest system: od edukowania po realizację projektów. To jest także współpraca w wielkim projekcie określania dobra publicznego. Po co ci dwaj partnerzy mają współpracować? Po to, żeby określić dobro, które trzeba realizować, czyli krótko mówiąc: określić priorytety działania. Opowiadanie, że to wolny rynek nam wszystko rozwiąże, a państwo powinno się wycofywać, bo obywatele sami sobie poradzą – prowadzi donikąd. Spójrzmy zresztą na przykłady państw, które potrafią być efektywne. W demokracji nie możemy się bać silnego państwa. Silnego państwa możemy bać się w dyktaturze – a mam nadzieję, że ta sytuacja nas nie dotyczy. Państwo jest zaangażowane w wielu krajach, które są przykładem świetnego rozwoju, np. w Skandynawii.

Finlandia na przykład nie bała się podejmować odważnych decyzji. Mieli problem niewyedukowanych ludzi ze wsi (wielkie migracje), więc zainwestowali w edukację. Nauczyciele to jedna z najwyżej opłacanych grup zawodowych w Finlandii. A jaka jest konkurencja do tego zawodu! To powinno się zrobić 20 lat temu w Polsce. Finlandia także nie bała się interwencji państwa w gospodarce – zbudowania narodowych filarów ekonomicznych. W ten sposób powinno się myśleć. Jestem zwolennikiem przejęcia odpowiedzialności przez państwo. Problem polega na tym, że aby taka współpraca – społeczeństwa obywatelskiego i państwa – mogła realnie funkcjonować, musi się zmienić polityka. Tego rodzaju model – silnego, sprawnego państwa współpracującego z silnym, sprawnym społeczeństwem obywatelskim wokół określonych priorytetów społecznych – wymaga zasadniczej zmiany politycznej.

Widzisz na horyzoncie politycznym kogoś, jakichś ruch, partię, które byłyby w stanie podołać takiemu wyzwaniu?

P.G.: – Nie widzę, chociaż sympatyzuję ze słabszym, czyli z PIS-em. Ale też jestem zawiedziony wieloma decyzjami, rozwiązaniami, politykami z tej strony. Nie widzę więc na razie, kto mógłby to zrealizować. Ale wiem, że za tą zmianą powinna iść wizja budowy instytucji społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Powinna być myśl strategiczna, formułowana przez niezależne think thanki, jakiś pozarządowy instytut badań strategicznych. Powinny być silne watch dogi z prawdziwego zdarzenia, które wtedy mają sens, gdy są niezależne. Mocnemu państwu powinno zależeć, żeby budować tego rodzaju instytucje odcięte od polityki, bo to tworzy dobro publiczne i daje szanse na rozwiązanie problemów społecznych. Taką rolę organizacje pozarządowe spełniają w każdej demokracji: są niezbędne, od kontroli władzy począwszy, a na rozwiązywaniu problemów społecznych skończywszy.

Dość to trudne będzie do przeprowadzenia, ponieważ u nas państwo jest utożsamiane z określoną ekipą rządową, która akurat jest u władzy...

P.G.: – Problem tkwi w polityce. Być może to, co mówię to są mrzonki, ale jeśli tak jest, to będziemy żyli w coraz gorszych czasach, ponieważ różnego rodzaju kryzysy i zapaści będą się pogłębiały. Jedyną szansą jest odnowienie życia politycznego. Dlatego trzeba o tym mówić i krzyczeć.


Źródło: inf. własna
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 4 0

Skomentuj

KOMENTARZE

  • NIE PAERTNERSTWO LECZ KONTROLA I EGZEKUCJA ~Andrzej Eckhardt; Stowarzyszenie MONITOR, Wrocław 12.10.2011, 05:05 Mówienie, że w Polsce potrzebne jest silne państwo działajace w partnerstwie ze społeczeństwem obywatelskim, mówienie tego przez socjologa zwłaszcza, wydaje sie nieco archaiczne. Socjologia w miarę nowoczesna zaobserwowała juz dośc dawno, że zwiazki tzw. sfery politycznej ze sfera obywatelską prowadzą raczej do upolitycznienia sfery obywatelskiej niz do partnerstwa. A na pewno pozbawiają sferę społeczną tegfo, co w świadomyj obywatelstwie jest sednem sprawy - kontroli społecznej nad administracją publiczną. Tworza zjawisko tzw. odwroconej subsydiarnosci, gdzie sprowadzone do roli quangos organizacje sfery obywatelkiej wyreczją z obowiazków organa administracji, najczesciej za tzw. psie pieniadze. To zresztą temat na znacznie szerszą i porządnie ugruntowana dyskusję. Natomiast postulowanie silnego państwa w niezmienionych warunkach systemu politycznego jest nieodpowiedzialnym nieporozumieniem. Dwa przykłady prężenia muskólów przez sfere obywatelską i arogancji państwa nawet tak nieporadnego jak nasze są dostatecznie w tej materii wymowne: 1) uchwalenie ustawy o ddip wbrew sugestiom, kadłubowej debacie i oporowi społecznemu 2) wymierzenie wręcz policzka sferze obywatelskiej przez zwycięzką PO w postaci informacji o braku zapowiedzianych zmian w rządzie.... Polski system polityczny - a zatem i relacje między tymże systemem i sferą społeczną trapia dwie dolegliwości główne: arogancja władzy i tzw. deficyt demokracji (choc to okreslenie pierwotnie zastrzegano dla nieco innego ponadnarodowego poziomu relacji władza - społeczeństwo) . Wyobrażanie sobie, iż remedium na to stanowić może wołanie o partnerstwo i wspołdziaanie jest naiwnością ponad wszelką przyzwoitą miarę. Jedyny sposob, to ustanowienie, w trudnym politycznym sporze, systemu biezacej kontroli społecznej nad płatną administracja publiczną, potocznie zwana władzą. I odnosi sie to oczywiście tak do państwa jak i samorządów. Nad taką sprawą warto debatować i dla takiej sprawy warto tworzyć szerokie, społeczne think--tanki... Tylko baczyc trzeba pilnie , by nie wpaśc w grę pozorów. Wszak PO stworzyła Instytut Spraw Obywatelskich jako zaplecze intelektualne, lecz kto słyszał choc słowo krytyki, nawet tej pozytywnej, z tego gremium na temat dwu ostatnich "wybryków politycznych" silnego państwa, które wyzej wymieniłem. Rzecz w tym, że - reasumując problem w jedej frazie - iż w Polsce i polskiej mysli polityczno-społecznej dominuje teza o prymacie państwa wzgledem społeczeństwa. I póki ten stan rzeczy nie ulegnie zmianie czy choćby nie zostanie poddany debacie powszechnej - nie ma co liczyć na pokonanie istotnych problemów cywilizacyjnych. Nie ma - bo wiernośc, archaiczna wiernośc tej tezie stanowi głowny socjo-cywilizacyjny polski problem, warunkujacy pozostałe. Miernym pocieszeniem jest, iż podobna bolaczka trapi inne narody..... ODPOWIEDZ
  • Dziękuję za ten niezwykle mądry i bogaty tekst! ~obywatelka 12.10.2011, 11:28 Nic dodać, nic ująć. Tylko kiedy doczekamy się tego silnego państwa, które podejmie wyzwanie? Wybory pokazały, że nie ma na razie na co liczyć :( Tak czy inaczej niech skala problemów nas nie przytłacza, tylko mobilizuje do działania. Róbmy co możemy, bo nawet nieskoordynowana praca "u podstaw" też ma wielki sens. Te słowa kieruję do wszystkich "społeczników" :) ODPOWIEDZ
  • gadu, gadu... ~marek zakrzewski 07.10.2011, 08:42 Bardzo mądre prawdy! tyle, ze niewiele w praktyce z nich wyniknie! Pisze Pan o dyskusjach. Kogo z kim? Pozarządówek z władzą? Te większe, chodzą na jej smyczy. Patrz: OFIP ad.2011. Przerabiając gigantyczne publiczne pieniądze. Mniejsze- nie mają siły przebicia. Zresztą- również nie podskoczą lokalnej władzy, bo wiszą na dotacjach od niej. Słabi ekolodzy? Im najlepiej wychodzi ekoterroryzm. Sytuacja jest bardzo poważna, wcześniej-później musi dojść do społecznego wybuchu. Będący u koryta władzy obojętnie jakiego szczebla przyjęli postawę: dziel i rządź. Znam kilku wójtów ,którzy chcieli działać samodzielnie w interesie lokalnych społeczności. Szybko układy polityczne postawiły ich do pionu, pozbawiając np. dotacji UE na inwestycje. Banda czworga w bezkarności zaszła zbyt daleko aby ustąpić np. obywatelskiemu społeczeństwu, które zechce patrzeć na ręce. Zbyt dużo władza i przystawki mają do stracenia, w wymiarze materialnym. Wystarczy popatrzeć jakie gigantyczne pieniądze przewaliły się w ramach funduszy UE. Na bzdurne idee, do niczego nie prowadzące pomysły. Ngo mają również w tym procederze niewąski udział. To się poetycko nazywa Narodowy Program Łupienia Polski. Nic dziwnego że ze strategii M Boniego nic nie wynika (czy ktoś zdrowy na umyśle wierzył, że coś z nich wyjdzie?). Zresztą aktualna kampania wyborcza pokazuje, że kandydaci do parlamentarnego żłoba traktują obywateli-wyborców jak totalnych głupców . Ilość opowiadanych przy różnych okazjach prymitywnych bzdur poraża. Oni są świecie przekonani, że naród to i tak kupi. Czy wobec tego, można mówić o budowie świadomego społeczeństwa? Wystarczy BMW. To dla rządzących lub aspirujących jest wygodne i bezpieczne. Pozdrawiam! ODPOWIEDZ
  • Tajemnica poliszynela ~Józef Kapaon 07.10.2011, 03:01 Tenor artykułu cieszy mnie i trochę dodaje sił. Bo skoro socjolog z Warszawy widzi to samo co nauczyciel-katecheta na wsi, to dla tego ze wsi jest jak dalekie przyjazne kiwnięcie ręką. Ale dlaczego tylko pojedynczy autorzy (pisuję do prasy lokalnej, ostatni tekst zatytułowałem "Konrrewolucja") piszą o sprawie sięgającej fundamentów dzisiejszości? Dlaczego przeciętniactwo, w tym młodzi dość przesiębiorczy ludzie, ale tyleż bezideowi nadają ton? To, że polska szkoła skutecznie unika podstawowego pytania "po co, ku czemu", złości mnie od 20 lat, a ja takim stawieniem sprawy złoszczę moje koleżanki nauczycielki i chyba gros nauczycielstwa polskiego. Błem także samorządowcem I Kadencji więc złoszczę i samorządowców, którzy zresztą skutecznie mnie ignorują. Dla nich jestem nieużytecznym dinozaurem. Za bardzo ideowym. Jako katecheta dokładam jeszcze jeden wątek, kościelny. Kościół jest częścią tej stagnacji. A współczesność wyrosła m.in. z rewolucyjnego dzieła, jakim był Sobór Watykański I. Ale proszę mi pokazać parafie (i inne wspólnoty) świadomie budowane na jego nauce. Papieże sobie, nawet bł JPII, a dół sobie. A większość i tak traktuje religię jak magię. Więc gdzie ma się wychować i uformować wolny człowiek świadomy swojej godności i wszechstronnie przygotowany do ról społecznych. Komu na tym w Polsce zależy? Dziękuję za bogaty tekst i pozdrawiam. ODPOWIEDZ
  • Chyba nie mamy szans! ~Rzeszów 07.10.2011, 11:11 Znakomity tekst, głównie w wymiarze diagnozy społecznej. Erozja życia publicznego, nieme kryzysy bezustych wykluczonych, tlące się społeczeństwo obywatelskie dotknięte grantozą. Nadzieja w społeczeństwie obywatelskim. To prawda, że społeczeństwo może być miejscem artykułowania niezadowolenia, szansą na protezowanie niedostatków- ale chyba nie do końca. Lokalne grupy interesów zawłaszczają ten teren, poprzez różne fikcyjne umowy dot. dialogu społecznego, narzucanie własnych warunków współpracy z ngo-sami. Samorządy kneblują obywateli. Samorządy i administracje publiczne dziś zawierają pakty o współpracy ze strażą pożarną i parafiami, gdyż te mogą w różnych wyborach wspierać swoimi strukturami swoich kandydatów. Struktury te z kolei są zależne od budżetów samorządowych ale też dają możliwość importowania swoich zaufanych. I tak tworzy się lokalny układ. A inicjatywy oddolne "leżą i kwiczą". ODPOWIEDZ
  • Instytut Badawczo - Rozwojowy ~Jadwiga Stalmach Prezeska Unijny Fundusz Przedsięb 07.10.2011, 09:22 Podwaliny pod taki podmiot stworzyliśmy jako Stowarzyszenie Unijny Fundusz Przedsiębiorczych - Dąbrowa Górnicza, prezentujemy naszą idę lokalnie, rozmawiamy, partnerujemy się i zapraszamy do partnerstwa. www.ufps.eu, ODPOWIEDZ

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • demokracja
  • integracja społeczna
  • media
  • organizacje w polityce
  • polityka społeczna
  • społeczeństwo obywatelskie
  • z badań III sektora