Jak doszło do powstania Projektu Społecznego 2012?
Anna Giza-Poleszczuk: – Projekt jest wieloletnim marzeniem, zarówno moim, jak i tych, którzy teraz w nim pracują, czyli Marysi Rogaczewskiej, Oli Gołdys, Magdy Stec i wielu innych osób. Wziął się z zasadniczej niezgody na negatywną ocenę polskiego społeczeństwa i naszej rzeczywistości. Co najmniej od XIX w. Polacy dostają od elit negatywne informacje zwrotne: że nie są patriotami, że nie szanują prawa, że mają postawę roszczeniową, że są leniwi i za dużo piją, że nie potrafią współpracować i że sobie nie ufają. W efekcie – mamy najniższą samoocenę w Europie. Jesteśmy przekonane, że to nieprawda. Uważałyśmy, że Polsce najbardziej brakowało pozytywnej przestrzeni wykreowanej przez coś, co byłoby przedmiotem masowego zainteresowania. Przestrzeni, w której ludzie mogliby ujawnić swoją lepszą twarz i zrobić coś razem. Od wielu lat rozglądałyśmy się za takim masowym wydarzeniem, które stałoby się wehikułem mającym moc przeniesienia nas poza stereotypy. Kiedy Polsce i Ukrainie przyznano organizację Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej, powiedziałyśmy sobie z Marysią Rogaczewską, że jest to właśnie to, czego potrzebowałyśmy. Euro 2012 jest wydarzeniem, które przez większość ludzi przyjmowane jest z radością i nadziejami. Wymusza też organizowanie się we wspólnym celu wielu odrębnych instytucji i podmiotów. To także wydarzenie angażujące ludzi emocjonalnie. Ku naszej radości nasz projekt wsparł 5-letnim grantem Trust for Civil Society in Central & Eastern Europe, dostałyśmy szansę zrealizowania naszego marzenia.
Może to naiwność myśleć, że jeśli okaże się ludziom zaufanie i da im okazję do działania, to oni naprawdę rozkwitną. Ale mamy przecież dowody na istnienie naszej lepszej strony: spontaniczne reakcje po śmierci papieża czy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Nie jesteśmy tacy źli!
Kto stoi za projektem?
A.G.-P.: – W pierwszym rzędzie socjologowie, zwolennicy czegoś, co można nazwać public sociology, czyli pewnego narzędzia tworzenia samoświadomości publicznej i debaty.
Na co liczycie, realizując projekt?
A.G.-P.: – Naszym celem jest próba pobudzenia wyobraźni, zaszczepienia długoterminowego myślenia o ważnych społecznie kwestiach, ale też poczucia współodpowiedzialności za to, co się zdarzy. Kiedy ktoś pyta, jakie będzie Euro 2012, to odpowiadamy: będzie takie, jakie sobie wymarzymy. Jeśli zostawimy sprawę Mistrzostw i tego, co się wokół nich będzie działo, komuś nieokreślonemu – jakimś urzędnikom czy organizacjom, to potem będziemy mogli tylko narzekać i mówić, że wydaliśmy pieniądze i nic z tego nie mamy. Chodzi nam więc o mobilizację społeczną i sieciowanie ludzi wokół wspólnej wizji. Wiem, że brzmi to trochę strasznie, ale chcemy wykreować pozytywne doświadczenia. Zależy nam na tym, żeby ludzie przećwiczyli wspólne działania, zrozumieli coś o sobie, kiedy będą przygotowywać się do Euro 2012. I żeby te przećwiczone rozwiązania zostały po Mistrzostwach i długo nam potem służyły.
Wychodzi na to, że Euro 2012 jest swego rodzaju wielkim eksperymentem na wielu płaszczyznach, ale wydaje się, że społecznie możemy dużo na tym zyskać?
A.G.-P.: – Tak właśnie uważamy. Dzięki temu eksperymentowi możemy nauczyć się współpracować, możemy zmienić postrzeganie samych siebie i polubić się nawzajem. Możemy odbudować nasze stosunki z Ukrainą i przejść wreszcie nad przekleństwem przeszłości do porządku dziennego. Możemy też odrodzić sport w Polsce, ten oddolny, na wsiach, w małych miasteczkach, w dzielnicach dużych miast. Celów społecznych jest naprawdę dużo i pracujemy nad tym, by je wyłonić, a potem zrealizować przy okazji Mistrzostw.
Wielkim natchnieniem była dla nas angielskie doświadczenie. Londyńczycy postawili sobie bowiem publicznie pytanie, po co im letnie igrzyska olimpijskie w 2012? Wiadomo, po co była potrzebna olimpiada Chinom, ale Londynowi, czy Wielkiej Brytanii? Przecież cały świat zna ten kraj, zna jego historię, podziwia sztukę i kulturę, po co więc wydawać gigantyczne pieniądze na igrzyska? Zrobiono wielką debatę, podczas której sformułowano dwadzieścia celów społecznych, które przy okazji przygotowań do olimpiady są do zrealizowania – jak na przykład rewitalizacja East Endu, aktywizacja bezrobotnych, których jest tam sporo, okazja do nauczenia się tolerancji i poznania obcych kultur… I od dwóch lat w Londynie dzieją się cudowne rzeczy. Mimo że igrzyska olimpijskie odbędą się za dwa lata, nad Tamizą już od jakiegoś czasu przygotowuje się ciała i dusze do tego wydarzenia. Mamy nadzieję, że i w Polsce stworzymy taką księgę społecznych celów. Oczywiście, nie możemy tego zrobić sami.
Właśnie, jak na Projekt Społeczny 2012 zareagowali ludzie, organizacje pozarządowe, samorządowcy, spółki rządowe, biznes? Czy chcą się do was przyłączyć, czy raczej patrzą i oczom nie wierzą?
A.G.-P.: – Nie będę ukrywała, że pierwszy rok działania Projektu był poruszaniem się po omacku. Byliśmy grupką ludzi uniwersytetu, trochę zagubioną w gąszczu rzeczywistego świata. I mieliśmy bardzo naiwne wyobrażenie o sposobach mobilizowania ludzi. Ale obserwujemy, że coraz więcej graczy chce się przyłączyć. Wartością jest sama instytucja Uniwersytetu Warszawskiego. Jesteśmy instytucją użyteczności publicznej, a neutralność, autonomia i wiarygodność uczelni sprawiają, że rzeczywiście jesteśmy w stanie doprowadzić do spotkania nawet skonfliktowanych lub niezupełnie sobie ufających środowisk. Wielkim sukcesem był Sondaż Deliberatywny w Poznaniu, ponieważ w procesie przygotowania scenariuszy zagospodarowania stadionu modernizowanego na Mistrzostwa udało się uzgodnić opcje z bardzo różnymi stronami – KKS Lech, Urzędem Miasta, organizacjami pozarządowymi.
Zrozumienie z jakim spotykamy się teraz ze strony organizacji pozarządowych, samorządu, rządu, a także biznesu budzi nasz zachwyt. Oczywiście, to wszystko nie dzieje się na jakąś masową skalę, ale sygnały i gesty, jakie do nas docierają, są znaczące. Byliśmy wzruszeni, gdy po debacie na temat sportu zgłosiło się do nas Krajowe Zrzeszenie Ludowe Zespoły Sportowe, gigantyczna organizacja. Zainteresowali się współpracą, bo widzą dla siebie szansę na wyjście z izolacji, nawiązanie kontaktów, wspólne działania.
Ale nakłada to na was także ogromną odpowiedzialność?
A.G.-P.: – To prawda. Coraz jaśniej widzimy, że jeden fałszywy ruch, nadużycie zaufania i możemy zniszczyć to, co do tej pory osiągnęliśmy. A także narazić na szwank dobro Uniwersytetu Warszawskiego. Dlatego zależy nam na przejrzystości. Nie chcemy żadnej sławy i chwały. Naszą rolą jest tworzenie przestrzeni i mediowanie. Próbujemy budować na realnie istniejących potrzebach, aspiracjach i dążeniach, i to zarówno organizacji pozarządowych, mieszkańców, jak i władz samorządowych. Ale cała reszta należy już do ludzi z różnych środowisk, którzy w Euro 2012 widzą właśnie ten ogromny potencjał społeczny.
Co już się udało zbudować wokół projektu?
A.G.-P.: – Jeśli chodzi na przykład o pobudzanie wyobraźni, to udało się nam postawić niestandardowe pytania i ludzie zaczęli się nad nimi zastanawiać. Pierwsze pytanie było bardzo wyzywające – po co nam, jako wspólnocie, Euro 2012? Na to pytanie nikt nie udzielił odpowiedzi, a co za tym idzie – nie pozwolił ujawnić się zarówno pozytywnym oczekiwaniom, jak i lękom czy obawom. Owszem, pojawiały się jakieś gadające głowy, które mówiły, że będzie to dla Polski skok cywilizacyjny, ale niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego zbudowanie czterech stadionów ma być skokiem cywilizacyjnym? Wszyscy popadali w głębokie zamyślenie, z którego nic nie wynikało.
Zrobiliśmy też analizę mediów i okazało się, że o Euro 2012 mówi się w mediach tylko w krytycznych momentach, na przykład: „Przyjeżdża Platini – zabiorą nam Euro – Wyjechał Platini – nie zabiorą nam Euro!” Ponadto, media sprowadziły mistrzostwa głównie do infrastruktury, czyli liczy się kolejne pale wbite pod konstrukcję nośną stadionu, albo zastanawia się w telewizji, czy będzie droga do miasteczka sportowego, czy nie.
Dlatego, razem ze spółką PL.2012 rozpoczęliśmy debaty o celach społecznych, czyli zaczęliśmy się zastanawiać wspólnie z mieszkańcami, organizacjami i samorządowcami, co naprawdę możemy zyskać dzięki mistrzostwom w piłce nożnej.
Jakie debaty już się odbyły?
A.G.-P.: – Odbyła się już wspomniana debata na temat kondycji sportu w Polsce. Teraz przymierzamy się do zrobienia warsztatów, jakie organizujemy z organizacjami zajmującymi się wolontariatem. Z takich spotkań wynika wiedza o tym, jakie są postulaty środowiska i pomysły na wsparcie społecznej bazy sportowej. A także, jak wykorzystać sport do budowania kapitału społecznego, bo przecież uczy on współpracy, przegrywania, wygrywania, drużynowego myślenia czy postępowania fair play. Kiedy zazdrościmy Stanom Zjednoczonym wysokiego poziomu kapitału społecznego, to nie możemy zapominać, że jest to kraj, w którym sport jest powszechny i cieszy się ogromnym szacunkiem. Dobry trener czy sportowiec jest bohaterem narodowym, który opowiada w szkołach, na uczelniach i w firmach na przykład o tym, co to znaczy budować zespół i mobilizować graczy do działania. W Polsce sport jakoś nie pracuje społecznie, mimo że samorządy przeznaczają na niego sporo pieniędzy.
Kolejna debata, jaką przeprowadziliśmy poświęcona była stereotypom, czyli takiej refleksji nad tym, jak o sobie myślimy i dlaczego inni myślą o nas znacznie lepiej niż my sami o nas. Weszliśmy w partnerstwo z Narodowym Centrum Kultury, ale szukamy też innych graczy, którzy byliby zainteresowani stworzeniem płaszczyzny, na której ludzie oddolnie mogliby o sobie mówić jacy są. Mogliby nadsyłać filmiki na YouTubie, przysyłać fotografie pokazujące ,co zrobili wokół siebie, swoje wiersze. Z tego potem, metodą warsztatową, dałoby się wykreować Polaków portret własny. Byłaby to taka oddolna inicjatywa, która potem przerodziłaby się w dużą akcję społeczną. Przymierzamy się do zorganizowania takiego „mówienia o sobie”, ale nie możemy jeszcze wymienić partnerów tej akcji. W każdym razie Brytyjczycy coś takiego już zrobili. Zapytali w ankiecie rozdawanej w supermarketach o najbardziej brytyjski sport, zwierzę, trunek itp. i przygotowali z tego później wystawę, która opowiadała o prawdziwej brytyjskiej tożsamości – pokazali to, co sprawia, że czują się u siebie. Uważam, że zmiana naszego autowizerunku jest konieczna. I musi wreszcie dojść do głosu to, co sami o sobie myślimy, jako alternatywa wobec tego ponurego, roszczeniowego obrazu naszego społeczeństwa. Dlatego wspólnie z Narodowym Centrum Kultury, a także różnymi środowiskami społecznymi, chcielibyśmy zorganizować okrągły stół poświęcony naszemu polskiemu „autowizerunkowi”.
Twierdzicie, że proces przygotowań do Euro 2012 jest także szansą dla innowacji społecznych. Rozumiem, że te innowacje to m.in.: sondaż deliberatywny, debata społeczna, konsultacje...
A.G.-P.: – Tak, jest wiele takich rzeczy, które Euro ukonkretnia i pozytywnie społecznie zakorzenia. Na przykład konsultacje społeczne: w przypadku przygotowań do mistrzostw nie odbywają się w perspektywie awantury, jak to ma często miejsce, tylko jest to wspólne planowanie choćby tego, co zrobimy ze stadionem po 2012. Mówiłam już o takiej debacie, która odbyła się w Poznaniu. Jest to konkretne, pozytywne i angażujące działanie. Jednocześnie uczy, że konsultacje społeczne mogą i powinny tak wyglądać.
Zresztą Urząd Miejski w Poznaniu wykazał się niezwykłą odwagą, że zdecydował się podać otwarcie ludziom informacje na przykład dotyczące kosztów czy planów. Owszem, były momenty kryzysowe, kiedy urzędnicy bali się, że co to będzie, gdy mieszkańcy opowiedzą się za rozwiązaniem, którego miasto nie będzie w stanie wdrożyć. Ale sama procedura sondażu deliberatywnego, który na naszym gruncie jest kompletną nowością, gwarantuje, że tak się nie może stać, ponieważ w sondażu są opisane wszystkie możliwe drogi i nie ma tam miejsca na działania przypadkowe. To było pozytywne doświadczenie dla obu stron. Władze samorządowe zobaczyły nagle rozumnych, uroczych, otwartych ludzi, rozmawiających mądrze o skomplikowanych rzeczach, bez awantur i rozdawania w tle ulotek „prezydent miasta to świnia”. Z drugiej strony, mieszkańcy zostali potraktowani przez Urząd z szacunkiem, miejsce rozmów było przyjazne, szanowano ich czas, zostali poczęstowani posiłkiem, a na sesji plenarnej za stołem siedzieli ważni ludzie, którzy odpowiadali na ich pytania. I na koniec prezydent oznajmił, że to rozwiązanie preferowane przez mieszkańców zostanie przez miasto wdrożone.
Inny przykład: w Gdańsku Ewa Bacia robi fantastyczne warsztaty o kibicowaniu. To jest następny cel społeczny, bo jeśli zbudujemy potężne stadiony, to żeby je zapełnić, musimy poszerzyć bazę kibiców. A to wymaga zmiany wizerunku kibica – musimy sprawić, by na stadiony przychodziły kobiety, dzieci, całe rodziny, ludzie z wyższym wykształceniem, bo tylko wtedy te 40-tysięczniki mają szansę na siebie zarobić.
Wydaliśmy również raport Euro Experience, pokazujący, co zrobili Austriacy czy Szwajcarzy, przygotowując się do Euro. Opisujemy wiele ciekawych rozwiązań – np. po co budować hotele, które po Euro będą świecić pustkami. Można na przykład porozumieć się z mieszkańcami, i w zamian za to, że im się wyremontuje lokal, oni wyprowadzą się na 2 czy 3 tygodnie i udostępnią swoje mieszkanie na potrzeby uczestników Mistrzostw. To niezwykle racjonalne rozwiązania, które już się sprawdziły. Trzeba tylko zacząć niestandardowo myśleć. A przede wszystkim włączyć ludzi w proces kreowania i podejmowania decyzji.
Mówiła Pani, że już od XIX w. trwa impas społeczny. Ostatnie 20 lat społeczeństwa obywatelskiego również nie przyniosło wielu zmian. Czy to nie jest donkiszoteria, czy przez dwa lata, które zostały do Euro, zdołamy zmienić myślenie w ludziach, organizacjach, samorządach?
A.G.-P.: – Czasem myślę, że jesteśmy szalone i naiwne, ale z drugiej strony musi pan przyznać, że nam się jednak nadspodziewanie udaje przeprowadzić wiele różnych rzeczy. Zresztą, od dłuższego czasu mam wrażenie, że ziemia drży pod nogami. I wcale nie jest tak, że przez dwadzieścia ostatnich lat nic się nie działo. Wydarzyło się naprawdę wiele – ludzie próbowali pewnych rozwiązań, niektóre im się udały, inne nie i wiadomo już, że są nieefektywne. Jest też coraz więcej młodych, którzy byli już w świecie, i są to kompletnie inni ludzie, bez pokoleniowych ran, otwarci i chętni do różnych działań. Naprawdę mam wrażenie, że coś wisi w powietrzu.
Poza tym, to nie jest tak, że tworzymy coś od podstaw. Raczej to kwestia zlania tych wszystkich strumyczków w jedną rzekę, podania wspólnej definicji, domknięcia pewnych zaczętych wcześniej rzeczy. Tak to rozumiem i widzę. W sumie nie robimy niczego nadzwyczajnego. To jest tylko kwestia przestawienia czegoś w naszych głowach. I dlatego myślę, że Euro 2012 domknie pewne procesy społeczne.
Czyli dwa lata wystarczą?
A.G.-P.: – Tak, to jest dużo czasu, grunt jest już przygotowany. Musimy się zdecydować, na jakie cele społeczne stawiamy. Choć z drugiej strony – projekt jest dynamiczny i wszystko się może zmienić dosłownie w jednej chwili. Nawet jeśli uda się zrobić 10% z tego, co chcemy, to i tak będzie to bardzo dużo.
I Ukraina…
A.G.-P.: – Tak bardzo gardzimy Ukraińcami i nawet nie wiemy, co się tam dzieje. W zasadzie mieliśmy taką cichą nadzieję, że oni się nie wyrobią z przygotowaniami i całe Euro odbędzie się u nas. A Mistrzostwa mogą być okazją do przegnania demonów naszej wspólnej przeszłości i zbudowania czegoś nowego. Rozmawiamy z potężnym partnerem ukraińskim, który jest zainteresowany przeniesieniem naszego projektu na Ukrainę. Mamy nadzieję, że to się uda, gdyż robimy Euro wspólnie i warto poszukać dobrych dla nas wszystkich rozwiązań.
Strona internetowa projektu: www.ps2012.pl
Dr hab. Anna Giza-Poleszczuk
Na Uniwersytecie Warszawskim pracuje od 1981 r. W Instytucie Socjologii UW kieruje Pracownią Badań nad Kapitałem Społecznym i pełni funkcję prodziekana Wydziału Filozofii i Socjologii ds. naukowych. Jest specjalistką w dziedzinie kapitału społecznego, socjologii ewolucyjnej, marketingu w perspektywie socjologicznej oraz ekonomii społecznej. Zajmuje się historią i współczesnością rodziny.