DZIŚ

Dzień Pizzy

Siła MPO

Betonowe zaniedbane kwietniki zamieniają w kolorowe dywany utkane z bratków. To dzięki nim na Nowym Świecie wyrosły seler i sałata, a bloki w Parku Szymańskiego zyskały lawendowy kolor. Rzucają bombami, choć w przeciwieństwie do londyńczyków nie zasłaniają się przy tym kurtyną nocy. Kim są warszawscy kwiatowi partyzanci i dlaczego stolica naprawdę ich potrzebuje?

Wiadomość archiwalna

A A A

autor(ka): Anna Malinowska

2009-09-21, 18.00

Wiosną zeszłego roku Mariusz odebrał telefon od Marty: Kupiłam trochę bratków, jedziemy na Pragę? Pojechali. Znaleźli zaniedbany kwietnik i po prostu zasadzili to, co mieli przy sobie. – Ludzie z bloków przyglądali się, co robimy, jakaś pani dała nam wodę, zaproponowała czy by nie podlać – wspominają. Cała akcja trwała może dwadzieścia minut.

Żołnierze zieleni
Grabki, łopatki i nasiona to ich broń. Partyzantów służby kwiatowej jest coraz więcej. Nie chodzi im tylko o to, by miasto było pełne zieleni. Chcą uwrażliwiać jego mieszkańców, zachęcać do dbania o przestrzeń naokoło. W Londynie ruch Guerilla Gardening , czyli partyzantki ogrodniczej ,osiąga szczyty popularności. Zapoczątkował ją Richard Reynolds, który kilka lat temu wypielił kwietniki pod własnym blokiem w robotniczej dzielnicy Elephant Castle. Swoje dalsze działania zapisywał na blogu www.guerillagardening.org . Dziś ruch ma tysiące zwolenników na całym świecie, a żołnierze z jego szeregów bomby nasion noszą zawsze przy sobie, ukrywając je nawet w noszonej biżuterii. W Londynie partyzantka słynie z działań zakrojonych na szeroką skalę, a „kwiatowi terroryści” działają najczęściej pod osłoną nocy. – My nie zakradamy się po zmroku, chcemy, żeby ludzie widzieli, jak działamy, przyłączali się, interesowali tym, co robimy, i połknęli bakcyla – opowiada Mariusz, który sadzeniem bratków na Pradze rozpoczął wraz z Martą oficjalną działalność warszawskiej Miejskiej Partyzantki Ogrodniczej, która z pejoratywnym skrótem MPO ma niewiele wspólnego. Ze strażą miejską nigdy nie mieli do czynienia. – W Londynie kwiatowi aktywiści biorą się między innymi za nieatrakcyjne przestrzenie pomiędzy szarymi ulicami, tworząc z nich pasy zadbanej zieleni. Mogą obawiać się zetknięcia z policją. My zawsze wybieramy takie miejsca, których później ktoś będzie mógł doglądać i sprawić, by wykonana praca nie poszła na marne – tłumaczy Marta.
 
W stolicy natknąć się można także na grupę Kwiatuchi, która nie tak dawno przyozdobiła roślinami betonową ścianę przed budynkiem Centralnego Basenu Artystycznego. Działania praktykują także pojedyncze osoby, które o ruchu nigdy nie słyszały. Dzięki Jackowi Powałce na Kabatach wyrósł, do dzisiaj nielegalny, park. Obsadzony makami i chabrami przystanek tramwajowy w samym centrum Warszawy to dzieło Teresy Murak, której do podjęcia działań nie był potrzebny żaden sformalizowany ruch. Bo „ogrodnictwo może być polityczne i może być rewolucyjne, choć wcale nie musi być radykalne (…) Partyzantka miejska nie jest wymysłem bogatych dzieciaków, zbyt tchórzliwych na zabawy koktajlami Mołotowa. Miejskimi partyzantkami są zarówno babcie, jak i studentki. O miejsce dla roślin w coraz mocniej betonizowanej, ascetycznie sterylnej przestrzeni walczyć będzie zarówno działkowicz, jak i nauczyciel (…) Ogrodnictwo miejskie pozwoli ci na dostosowanie przestrzeni do własnych potrzeb. Pomoże poznać sąsiadów i zbudować lokalną społeczność (…) – czytamy na blogu www.mpo.blox.pl , który podobnie jak Reynolds zdecydowali się założyć, by ludzie mogli śledzić ich poczynania.
 
Partyzanckie początki
Trzy lata temu Marta wraz ze znajomym zorganizowała cykl warsztato-wykładów o zielonym anarchizmie. Przygotowała prezentację rysu historycznego i społecznych aspektów partyzantki ogrodniczej na świecie. – Byliśmy po prostu parą dzieciaków, która czymś się podekscytowała – opowiada. Kilku znajomych pomogło w zorganizowaniu warsztatów w różnych miastach Polski. –Frekwencja nie biła może rekordów, ale tym, którzy dotarli na spotkania, bardzo spodobała się idea, jaką im przybliżaliśmy. Chcieli wychodzić na ulicę i od razu coś robić. A my? Byliśmy kompletnie nieprzygotowani na taką reakcję… Wszystko zatrzymało się więc na teorii – wspomina. W jej głowie ciągle jednak mieszkała myśl, by przejść do czynów. Aż pewnego dnia chwyciła za słuchawkę i zadzwoniła do Mariusza…
 
Nie mieli wykształcenia ogrodniczego ani wskazówek z ton podręczników w głowie. Poszli na żywioł. – Marta kupiła bratki, więc to na nie padło – przypomina sobie Mariusz. – A filozofia sadzenia bratka jest mniej więcej taka: wykop dołek, wsadź korzonkiem do dołu, przyklep. Ot i cała instrukcja – wyjaśnia. Udało się. Mieszkająca nieopodal mama Marty doglądała i pieliła sadzonki. Pięknie wyrosły. Któregoś dnia ktoś po prostu je zniszczył.
– W Polsce jest niestety taka dziwna mentalność, że jeśli coś jest wspólne, to de facto jest niczyje. Dzieciaki znęcają się nad bezdomnymi kotami, bo do nikogo nie należą, samochody wyglądające na nieużywane stają się celem dewastacji, a kwietniki…? Z nimi jest dokładnie tak samo. Też przecież nie mają właściciela… - ubolewa Marta. – Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje, ale dopóki ludzie nie nauczą się, że można zrobić coś, nie czekając, aż ktoś inny zrobi to za nas, takie przeświadczenie będzie pokutować.
 
Malwy zamiast bratków
Niedługo po pierwszej akcji do oficjalnego składu grupy pierwszy dołączył chłopak Marty. – Nie miał wyjścia – śmieje się. Również internetowa poczta pantoflowa zaczęła przynosić efekty. Wpisy na blogu zaczęło śledzić coraz więcej osób. Ludzie naprawdę zaczęli interesować się ich działalnością. – Przychodzą zapytania, coraz więcej maili – mówi Mariusz. W ten sposób niedawno do głównego składu dołączyła również Ola. Każdy może zgłosić swój pomysł, zaproponować miejsce, które wymaga „interwencji” partyzantki. Wystarczy chcieć i do nas napisać.
 Nasiona zdobywają sami i rozdają je chętnym przyłączającym się do akcji. – Póki co, mamy studenckie budżety, więc wybieramy te sadzonki, na które nas stać. Marzy mi się, że w przyszłości będziemy siać rośliny, które występują naturalnie na danym terenie, na przykład malwy… - zamyśla się Marta. – Chciałabym oglądać w Warszawie kwietniki pełne stokrotek, macierzanek, rumianków, kaczeńców… Piękna byłaby nasza stolica usiana czymś innym niż pelargonie i bratki – dodaje.
 
Nie sprowadzajcie wsi do miasta!
Na co dzień Marta pracuje w fundacji VIVA!, która przed wakacjami organizowała tydzień wegetarianizmu. „Czemu nie połączyć tych dwóch rzeczy?” – pomyślała. Tak warszawska partyzantka zainicjowała akcję promującą tworzenie własnych ogródków, kwietników i zielników. Na Nowym Świecie zasadzili seler, sałatę, słoneczniki, rzeżuchę i rozmaite zioła. – To była chyba najbardziej kontrowersyjna akcja. Przyszło kilkanaście osób, było tak, jak sobie wymarzyliśmy. Ludzie zabierali ze sobą nasiona, mówili, że spróbują sami coś podziałać na innym terenie. Tylko jedna mieszkanka pobliskiej kamienicy miała pretensję, że wieś do miasta przyprowadzamy i sałatę pod pałacem sadzimy – przypominają sobie. Niestety warzywa na Nowym Świecie spotkał niebawem taki sam los, jak praskie bratki. – W tym  czasie pojawił się na nasz temat artykuł w „Wysokich Obcasach”. Nie wiem, czy to administracja, zwykły wandalizm, czy ktoś po prostu uznał nas za idiotów i postanowił zrobić z nami porządek – ubolewa Marta. 
 
Na szczęście warszawska partyzantka, pomimo permanentnego niszczenia jej działalności, nie zraża się i widzi, że większości ludzi podoba się to, co robią. Na swoim koncie mają między innymi „odrestaurowanie” praskich kwietników przy Szwedzkiej. – Zainicjowaliśmy to we dwójkę, trochę trzeba było się namęczyć, ale jakoś poszło – wspomina Mariusz. W zaniedbanych betonowych donicach wyrosły bukszpany i aksamitki. – Panie zamieszkujące sąsiednie bloki były zachwycone. „Nie miałyśmy czasu się za to zabrać, ale skoro ktoś zrobił to za nas, będziemy się nimi zajmować” – mówiły. Bardzo pomogły nam w pracy, poradziły, jak umiejscowić kwiaty, biegały z konewkami – opowiada.
Dokonania młodych partyzantów można też oglądać między innymi na ulicy Międzynarodowej, czy parku Szymańskiego, gdzie szare blokowiska potraktowali lawendą. Mile wspominają też wspólny kwiatowy bombing zainicjowany przez grupę Kwiatuchi, gdzie podczas „Hożartów” zazieleniali wspólnie okolice ulicy Hożej 2. – Ciekawie wypadła też inicjatywa w Piasecznie – wspomina Mariusz. – Jest tam bardzo zaniedbany rynek. Podobno od kilku lat ma być remontowany, ale z tego, co wiem, efektów tej deklaracji do dzisiaj nie widać. Rozmaite rośliny zasadziliśmy w ściętych konarach drzew. Dookoła wyrosły pelargonie. – Może trochę to chaotycznie wyszło, ale efekt był naprawdę ciekawy – dopowiada Marta.
 
Zrób to sam!
Czy nie byłoby wam łatwiej ,gdybyście zdecydowali się na szerszą współpracę z miastem? – pytam. Przecież moglibyście w ten sposób zdobyć środki na swoją działalność i zasadzić wymarzone malwy…
– Z jednej strony tak. Z drugiej ludzie przyzwyczailiby się, że coś jest im dane. Zamiast działać, poczekaliby ,aż miasto zrobi to za nich. My chcielibyśmy, aby patrząc na szarobury kwietnik, pomyśleli: „Nikt tu palcem nie tyka, więc ja się tym zajmę” – odbija piłeczkę Marta. – Partyzantka jest formą aktywizacji. Nieśmiałą i myślę, że taką na razie  pozostanie. Póki nie znajdzie się ktoś, kto będzie miał więcej czasu. Nas na razie stać na tyle – dodaje.
 
Co dalej? W tym roku już za późno na kolejne akcje. Może astry… – zamyśla się Mariusz. – Przez zimę będziemy się edukować. Dostałam trochę nasion od kolegi, który na działce prowadzi uprawę roślin ekologicznych. Jak tylko znowu zawita wiosna, ruszymy w teren – obiecuje Marta.
źródło: inf. własna (ngo.pl)
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!

SKOMENTUJ


KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.