Przejdź do treści głównej

Dwadzieścia lat minęło

autor(ka): Dariusz Mól (ngo.pl)
2009-05-25, 18:08
archiwalne
Powstawanie nowych organizacji w ostatnim dwudziestoleciu (J. Herbst na podst. badań Stowarzyszenia Klon/Jawor).
Obrady Okrągłego Stołu w 1989 r. oznaczały także początek przemian obywatelskich w Polsce. Organizacje powstałe w końcu lat 90., zapytaliśmy, jak wspominają tamte czasy i jak widzą te współczesne.
Jak było?
Przed 1989 r. komunistyczna władza niechętnie patrzyła na samoozorganizowanie się obywateli. Jeżeli ktoś chciał założyć stowarzyszenie czy fundację, musiał mieć na to zgodę komitetu partyjnego. Jej zdobycie wymagało czasu i samozaparcia, gdyż urzędnicy piętrzyli trudności. 
– 30 listopada 1987 r. złożyliśmy wniosek o zarejestrowanie stowarzyszenia i podjęliśmy decyzję w gronie założycielskim, że będziemy działać, niezależnie od tego, czy władze komunistyczne to uznają, czy nie. Batalia o zarejestrowanie Społecznego Towarzystwa Oświatowego, dla którego głównym celem było założenie przynajmniej jednej szkoły niepublicznej, aby przełamać komunistyczny monopol w oświacie, trwała ponad rok. Formalnie zaczęliśmy funkcjonować od końca 1988 r. – wspomina Wojciech Starzyński, prezes STO. 
Z kolei Lubelski Związek Inwalidów Narządu Ruchu (LZINR) powstał w marcu 1989 r. Jego twórcy również długo starali się o zgodę na zarejestrowanie swojej działalności. Znaleźli jednak sposób, by dopiąć swego.
– Mieliśmy życzliwą osobę z „dojściami”, i dlatego udało się nam w końcu uzyskać zgodę na założenie stowarzyszenia – opowiada Małgorzata Koter-Mórgowska, przewodnicząca LZINR. – Najważniejsza była wtedy walka o prawa osób niepełnosprawnych, ważne były systemowe rozwiązania ich problemów. Osobowość prawna była nam potrzebna, żeby się z nami liczono – dodaje. 
Co pchało do przodu
Na początku lat 90. organizacje powstawały spontanicznie. Ludzie jednoczyli się wokół wspólnych idei i to wystarczało do podjęcia działań. Tak właśnie w 1989 r. powstało pismo „Zielone Brygady” założone przez Naukowe Koło Chemików, czyli „spiskujących” studentów wydziału chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego. W tym samym czasie powstała również Fundacja Wspierania Inicjatyw Ekologicznych (FWIE) w ramach Krakowskiej Grupy Federacji Zielonych. W 1991 r. FWIE została zarejestrowana po wielu bataliach, wtedy bowiem nie było jeszcze odpowiednich przepisów. 
– Chcieliśmy założyć coś trwałego. Powołać organizację, która współpracowałaby z innymi organizacjami ekologicznymi w Polsce i na świecie – wyjaśnia Andrzej Żwawa z FWIE. – Co dzień odbywały się spotkania, przychodziły różne osoby, trwały dyskusje. Wszystko robiliśmy społecznie i spontanicznie.
Najważniejsze dla społeczników końca lat 80. i początku lat 90. było to, aby móc wreszcie po obywatelsku o sobie decydować, a nie być skazanym na decyzje podejmowane „na górze”. Dlatego ludzie nie za bardzo przejmowali się różnymi niedogodnościami, tylko robili swoje. 
– Nasze biuro, zarazem siedziba związku, mieściło się pod stołem w jednym z pokojów mojego mieszkania. Dopiero po trzech latach istnienia, dzięki uprzejmości ówczesnego wojewody, mogliśmy wynająć lokal na preferencyjnych warunkach i stworzyć w nim siedzibę naszej organizacji – mówi Koter-Mórgowska. 
Wsparcie zagraniczne
Na początku lat 90. w Polsce pojawiły się organizacje międzynarodowe, które wspierały proces przemian ustrojowych. Jedną z nich był American Committee for Aid to Poland (ACAP).
– ACAP dystrybuował dobra doczesne o różnorodnym asortymencie, które przyjeżdżały do nas z rozmontowywanych baz amerykańskich w Niemczech. Wiąże się z tym wiele zabawnych historii. W naszym środowisku słynne były awantury organizacji o różne rzeczy. Pamiętam, że kiedyś przyleciały samolotami cztery samochody dodge i rozpętała się o nie ostra walka. Jedno z tych aut dostał jakiś zakon, a potem sprzedał, co było swego czasu głośną aferą – opowiada Lena Kosowska ze Stowarzyszenia Klon/Jawor. – Do rozdania było na przykład 400 tys. par amerykańskich wojskowych spodni, jedzenie z Zatoki Perskiej, meble, sprzęt medyczny. Pamiętam taką organizację, która większość z tych dóbr chciała zabrać i przewieźć na Śląsk, twierdząc, że wszystko się przyda – wspomina. 
Potrzeba informacji
ACAP oprócz pomocy materialnej przekazywał też amerykańskie doświadczenia w samoorganizowaniu się obywateli. Była to pożyteczna wiedza, ale nie zawsze przystawała do polskiej rzeczywistości. A na początku lat 90. aktywni obywatele szukali przede wszystkim dobrych informacji o tym, jak działać w trzecim sektorze i skąd brać środki na działalność. Bank Informacji o Organizacjach Pozarządowych Klon/Jawor zaczął wtedy drukować informatory „Klon” i „Jawor”. „Klon” zbierał dane o organizacjach zajmujących się pomocą społeczną, a „Jawor” informacje nie tylko o organizacjach pomocowych, ale też o tych działających w innych dziedzinach. Ukazały się również inne informatory, np. o inicjatywach i organizacjach oświatowych czy ekologicznych. – Wiele osób zgłaszało się do nas po te publikacje. Dziś tego rodzaju dane można bez trudu znaleźć w Internecie – wyjaśnia Lena Kosowska. 
Co udało się przez te 20 lat, co się nie udało?
W 2003 r. weszła w życie ustawa o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie. Dzięki niej pojawił się 1% podatku na rzecz OPP, powstał Departament Pożytku Publicznego i Rada Pożytku Publicznego, samorządy zaczęły uchwalać programy współpracy z organizacjami. Wydawać by się więc mogło, że działalność stowarzyszeń czy fundacji powinna być łatwiejsza. Nie zawsze tak jednak jest.
– Rządzący nie chcą dopuścić do siebie myśli, że organizacje pełnią ogromnie ważną rolę w różnych środowiskach, wyręczając państwo w jego obowiązkach wobec ludzi potrzebujących wsparcia. Nie udało się wypracować systemu dofinansowania przez państwo działalności trzeciego sektora, co skutkuje wzrostem stabilności działań organizacji – mówi Andrzej Szałach, przewodniczący Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Osób Niesprawnych Ruchowo.
– Z perspektywy 20 lat odnoszę wrażenie, że rządzący zawsze obawiali się aktywności społecznej i dlatego nie dążyli do zmierzenia się z postulatami i oczekiwaniami społeczeństwa i z tego powodu nie starali się dynamizować tej aktywności – uzupełnia Wojciech Starzyński. 
Bardziej sformalizowane?
W obecnych czasach działalność społeczna nie opiera się tylko na spontanicznej działalności kilku zapaleńców, jak jeszcze kilkanaście lat temu. Na początku lat 90. organizacje działały dynamicznie. Obecnie poziom aktywności wewnątrz nich bywa zdecydowanie niższy na skutek wielu wymogów formalnych.
– Stowarzyszenia czy fundacje funkcjonują teraz w obszarze różnego rodzaju rozwiązań prawnych, np. mają rozbudowane obowiązki sprawozdawcze. Ponadto organizacje muszą się profesjonalizować, co też powoduje, że ich działalność jest bardziej sformalizowana – twierdzi Wojciech Starzyński. 
Tymczasem wielu organizacji nie stać na takie sformalizowanie.
– Musimy wynająć księgowego, prawników, a ci nie zawsze chcą pracować tylko społecznie. Na pewno dużym organizacjom, korzystającym np. z międzynarodowego wsparcia, jest łatwiej zatrudnić specjalistów, jednak młodym czy małym sprawia to ogromną finansową trudność – wyjaśnia Koter-Mórgowska. – Teraz społecznicy są „na wymarciu”. 
Nie wszystko stracone
Anna Rozicka z Fundacji im. Stefana Batorego, która powstała w 1988 r., nie uważa za słuszne tezy o sformalizowaniu się sektora pozarządowego w ostatnich 20 latach.
– Raczej zmienił się i „rozwarstwił”, co jest przecież naturalne. Ale w dalszym ciągu jest dużo organizacji działających z inicjatywy oddolnej, opierających się na społecznej pracy, na zaangażowaniu ludzi. Ostatnio pojawiło się też sporo organizacji zakładanych przez młodych ludzi, którzy nie chcą robić kariery i pieniędzy w dużych firmach czy międzynarodowych korporacjach, dla których praca w „pozarządówce” to wyzwanie – przekonuje Anna Rozicka. 
– Co by nie mówić, Polska wciąż jest na szarym końcu, jeśli chodzi o liczbę działających w kraju organizacji. Jak sobie siedzimy tutaj w Warszawie, to możemy mieć poczucie, że jest fajnie, społeczeństwo się rozwija, ludzie telefonują i pytają, jak założyć stowarzyszenie itp. Ale gdzieś dalej od stolicy nierzadko można usłyszeć opinie, że fundacje są pralniami brudnych pieniędzy itp. Myślę, że wciąż jest bardzo dużo do zrobienia. Cała nadzieja w młodych ludziach. Lepiej wykształconych, znających świat i świadomych tego, co się dzieje w kraju. Trzeci sektor czeka na młodzież – mówi Lena Kosowska.

Źródło: dwumiesięcznik gazeta.ngo.pl 03(63)2009
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 0 0

Skomentuj

KOMENTARZE

  • Czeka na młodych ! ~wilk 28.05.2009, 07:53 Oczywiście, że przyszłość w młodych, ale czy nie za łatwo rezygnujemy z Seniorów? po kilkunastu latach brania losu w swoje ręce z powrotem zetknąłem się z pozarządówką. Choć w tamtym systemie była to głównie przyrządówka to jednak pozwalała się również realizować a wręcz należało się bronić przed nadmierną opiekuńczością gdy było się bardzo aktywnym społecznie (oczywiście i mocno kontrolowanym) ale gdy nie występowały podteksty polityczne nie było problemu, a czy dzisiaj jest inaczej? jak są postrzegane organizacje z podtekstem politycznym czy choćby antkomuś (jak antyradzieckim). A wracając do Seniorów to jest to potężna siła społeczna zagospodarowywana w bardzo małym stopniu a posiadająca niezaprzeczalne atuty jak czas, środki na utrzymanie się, perspektywę widzenia społeczeństwa i brak parcia na osiągnięcie czegoś w życiu, a z wielkim poczuciem bycia społecznie użytecznym. Czy nie za łatwo rezygnujemy z Tych ludzi? Czy mamy dla nich tylko różne formy opieki społecznej i niszowych działań hobbystycznych? Patrzę na to z przerażeniem. ODPOWIEDZ

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • demokracja
  • historia
  • z badań III sektora