DZIŚ

Dzień Pizzy

Może kryzys nas wyzwoli

Z Jakubem Wygnańskim – związanym z licznymi inicjatywami pozarządowymi, byłym działaczem Komitetów Obywatelskich, uczestnikiem obrad Okrągłego Stołu, rozmawia Alina Gałązka.

Wiadomość archiwalna

A A A

Jakub Wygnański na V OFIP-ie, Warszawa 2008.

Wszędzie wokół podsumowania 20 lat naszej demokracji. Rok 1989 jest ważny nie tylko z perspektywy polityki, ale także działalności pozarządowej. Czy dobrze znając trzeci sektor, chciałbyś dziś coś w nim zmienić?

Myślę, że sektor potrzebuje nowych ludzi, czas na pokoleniową zmianę przywództwa. Trzeba wierzyć, że pojawi się jakiś oddolny i konstruktywny ruch. Muszą pojawić się nowi liderzy i powinno znaleźć się dla nich miejsce. Moje pokolenie powinno się „posunąć” i zrobić to z wdziękiem i bez obrażania się. Może ten kryzys trochę to zmieni, bo on pokazuje, że rzeczy nie są dane raz na zawsze i nie wszystkie prawdy na temat urządzenia świata trzeba traktować jako niewzruszone. Oczywiście istnieją, choć nie podejmuję się oceniać ich skuteczności, różne projekty dotyczące kształcenia liderów, ale mimo to za mało widzę ludzi, którzy przychodzą do sektora z marzeniem nie tylko o swojej organizacji, ale o czymś szerszym: o sektorze i jego roli, o Polsce, i o świecie. Sektor nie ma siły przyciągania ludzi „ulepionych” z takich marzeń. Jest wśród nas coraz więcej menedżerów, coraz mniej wizjonerów. To nie znaczy, że w Polsce nie ma ludzi, którzy chcą zmienić świat, ale niekoniecznie przychodzą do sektora.

A gdybyś miał czarodziejską różdżkę i mógłbyś kazać ludziom z sektora skupić się na jakimś celu, to co byś wskazał jako rzecz do zmiany, oprócz przywództwa, które wskazałeś?

Na pewno nie użyłbym jej do rozkazywania. Gdyby szukać takiego najważniejszego przekazu to – pewnie to trąci banałem – ale powiedziałbym: „Szukajcie obywatela, szukajcie ludzi”. Chyba najważniejsze, ponadczasowe wyzwanie, jakie jest przed sektorem to kwestia zakorzenienia i autentyzmu działań. Ale temu jest coraz trudniej sprostać. Ludzie, nie tylko zresztą w Polsce, coraz mniej angażują się w sprawy publiczne oraz zaczynają to robić inaczej (bardziej incydentalnie i bezpośrednio, poza strukturami). Organizacje często nie nadążają za tymi zmianami i grozi im, że staną się anachroniczne. Obywateli redukujemy do „dysponentów 1%”. Jesteśmy strasznie zależni od środków, które ma administracja i nie potrafimy często zdobyć się na stanowczy, odrębny pogląd. Słabo spełniamy funkcje rzecznicze. Zajęci uczestnictwem w kolejnych grantowych loteriach zapominany po co i dla kogo coś robimy. Jako społeczeństwo mamy też chyba problem z samodiagnozą. Z jednej strony rządzi nami zmitologizowane przekonanie o własnych historycznych zasługach, a z drugiej potworne kompleksy, brak wiary w siebie i zbiorowa niemoc. 
Niemoc?
W czasie tych 20 lat, po pierwszej euforii zaangażowania obywatelskiego, nastąpiła stagnacja, a obecnie nawet jego spadek. To przekłada się na kondycję sektora. Pokazują to różne badania, w tym prowadzone przez Stowarzyszenie Klon/Jawor czy „Diagnoza społeczna”. Zamykamy się w sobie. Sprawy publiczne, jeśli interesują nas w ogóle to jako przedmiot nieco masochistycznej rozrywki („oglądactwo” polityki partyjnej), albo jako miejsce załatwiania interesów, egzekwowania uprawnień (administracja). Różne są hipotezy na ten temat. Np. Hirschman mówi, że zaangażowanie w sprawy publiczne i prywatne ma charakter cykliczny, jest rodzajem sinusoidy. Próbujemy też wyjaśnić swoje zachowania w kategoriach społeczeństwa postkomunistycznego (Homo sovieticus), albo że ulegamy prekapitalistycznej potrzebie zwiększania swoich zasobów materialnych. W pewnym sensie ten rodzaj wyboru można uznać za rodzaj prymitywnego (i chyba wadliwego) zdefiniowania natury szczęścia. Kolekcjonujemy i dbamy o rzeczy, które być może nie są nam do niczego potrzebne, a w każdym razie nie czynią nas szczęśliwszymi. Mamy też anachroniczne, choć historycznie pewnie uzasadnione, wyobrażenie na temat roli państwa. Czasem mam też wrażenie, że my chcielibyśmy takiego kraju, w którym państwo niczego od nas nie wymaga, a my za chcemy od niego jak najwięcej. Nie ma równowagi, poczucia współodpowiedzialności. Tak jak byśmy wybrali z całego porządku politycznego tylko niektóre rzeczy, poglądy, wartości. Ale one są całkowicie nieprawdziwe, nietrwałe. 
Czy coś nam może pomóc?
Mam wrażenie, że natura ma to do siebie, że w końcu jakoś odreaguje. Może paradoksalnie „coś się wydarzy” dzięki obecnemu kryzysowi? Kryzys można też interpretować w kategoriach kreatywnej destrukcji. Akurat w Polsce kapitał społeczny, sposób organizowania się ma bardzo mobilizacyjny charakter, więc może uda się. Może ten kryzys jest rodzajem niechcianego prezentu na 20-lecie?
To jest ważny moment próby dla sektora pozarządowego, i albo ten sektor rozpadnie się, bo okaże się, że do niczego się nie nadaje, nie ma nic do zaoferowania, albo jest to moment, w którym rzeczywiście możemy udowodnić swoje kompetencje. To jest także dobry czas do zbudowania innej relacji z państwem. Nie jest już tak, że rząd bezpośrednio zarządza przedsiębiorstwami i gospodarką, ale jednocześnie to jemu wystawia się polityczny rachunek za społeczne koszty kryzysu. Z kryzysem trzeba walczyć, ale chodzi przede wszystkim o tworzenie warunków dla mobilizacji społecznej. Np. w Wielkiej Brytanii rząd natychmiast zareagował wzmocnieniem działań obywatelskich. Uruchomiono program Real Help for Communities, bo to właśnie na poziomie lokalnym powinna być pierwsza linia obrony i pierwszy punkt pomocy dla osób, rodzin odczuwających skutki kryzysu. Marzy mi się żeby i polski rząd wykazał się podobną wyobraźnią. 
Ale wracając do „szukania obywatela”…
To wiąże się z problemem „odkorzenienia” instytucji. Łatwo jest powiedzieć, że wyrwane ze społeczeństwa są partie polityczne i media, to samo – związki zawodowe, administracja. Ale to trzeci sektor powinien zrobić tak dużo, jak to możliwe, by być tkanką łączną w społeczeństwie. Patrzę na różne kampanie 1% i czasami sobie myślę, że chciałbym wreszcie zobaczyć plakat, na którym jakaś organizacja napisałaby: „Nie chcę twoich pieniędzy, daj mi trochę czasu”. To znaczy daj z siebie coś, co ma głębszą wartość. Przekazywanie 1% podatku jest ważne, ale nic prawie nie „kosztuje”. I na ogół nie buduje autentycznej relacji zaangażowania – czasem jest tylko jej mizernym substytutem. Chodzi o chęć rozwiązania problemu, a nie chęć pozbawienia się go poprzez danie pieniędzy, bo to jest tak naprawdę rodzaj mizantropii, która się schowała za coś, co udaje filantropię.
Ale miało być pozytywnie… 
Jest jak jest.
Ale określając cele pozytywnie: musimy się zebrać, zmobilizować. 
Kryzys nas wyzwoli.

Artykuł ukazał się w dwumiesięczniku gazeta.ngo.pl. Zamów prenumeratę.

źródło: dwumiesięcznik gazeta.ngo.pl 03(63)2009
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!

SKOMENTUJ

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora.

czego szuka J.W ? - 2009-05-11, 08:30
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.