Przejdź do treści głównej

Bartłomiej Michałowski: Dlaczego JOW?

autor(ka): Marta Jackowska
2006-07-27, 15:40
archiwalne
Bartłomiej Michałowski, autor książki „Czy w Polsce może być normalnie?” tłumaczy, dlaczego zainteresował się tematem ordynacji wyborczej?

Wiele osób mnie pyta dlaczego zaangażowałem się na rzecz zmiany ordynacji wyborczej w Polsce. Odpowiadając na te pytanie, opowiadam o moim własnym doświadczeniu z polską ordynacją wyborczą z wyborów samorządowych w 2002.

Mieszkam na bardzo dobrze zorganizowanym osiedlu, składającym się z 136 segmentów i bliźniaków pod Warszawą. Ponieważ mamy na osiedlu jedną bardzo prężną osobę uznaliśmy, że dobrze by było, aby ta osoba została radnym w naszej gminie. Postanowiliśmy wystawić jej kandydaturę w wyborach. Ponieważ wyborczy komitet osiedlowy składał się z ludzi „nieobytych” w realiach polskiej demokracji, wszyscy jego członkowie ochoczo wzięli się do czytania ordynacji wyborczej. I tutaj zaczyna się cała seria nieprzyjemnych odkryć.

Po pierwsze, trzeba było założyć komitet wyborczy składający się z pięciu osób, który musiał być zarejestrowany u komisarza wyborczego w siedzibie delegatury Krajowego Biura Wyborczego w Warszawie. Poza dokumentami do wypełnienia, jedna osoba z komitetu musiała się zadeklarować jako osoba odpowiedzialna za sprawy finansowe. Żeby być bardziej przyjazną dla Obywatela, ordynacja dokładnie podaje na ile lat można iść do więzienia i co grozi osobie odpowiedzialnej za finanse w przypadku błędu w rozliczeniu (art.202 - .”.. podlega grzywnie od 1000 do 100 000 złotych, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”). Po pewnych perypetiach udało się znaleźć na osiedlu pięć osób do Komitetu Wyborczego, w tym jednego odważnego, aby pełnił funkcję skarbnika.

W miarę czytania wcale nie krótkiego dokumentu „Ordynacja wyborcza” (pełen tekst na stronie www.pkw.gov.pl) pojawiła się druga przeszkoda. Okazało się, że nasz osiedlowy Komitet Wyborczy nie może zgłosić jednego kandydata, ale musi zgłosić całą listę. I na tej liście musi być OŚMIU kandydatów, bowiem na nasze nieszczęście tyle jest mandatów w naszym okręgu do obsadzenia. Oczywiście, aby było „łatwiej” i bardziej „logicznie” dla obywateli, członkowie Komitetu Wyborczego nie mogą być równocześnie kandydatami. Pojawił się więc problem znalezienia następnych siedmiu chętnych do „pobawienia się” w polską demokrację. Aby nie przedłużać historii, powiem jedynie, że siódmy na liście miał być autor tych słów, a ósma jego żona, która na spotkaniu powiedziała: ”Dobrze, aby już oszczędzić na domowej agitacji mojego męża, mogę być ósma, ale proszę na mnie nie głosować”.

W tym miejscu pojawiła się trzecia przeszkoda. Pod stworzoną listą trzeba było zebrać 100 podpisów. Nie dość, że to dodatkowa praca (a wszyscy aktywni obywatele z mojego osiedla pracują w firmach prywatnych), to jeszcze pojawiła się pewna kwestia „moralna” i „problem”, że na moim osiedlu zdecydowana większość mieszkańców to osoby dobrze wykształcone i świadome swoich praw . A „problem moralny” można ująć mniej więcej tak: ”No, dobra. Naszego kandydata na radnego do gminy znam, Ciebie i Twoją żonę znam, Pana Pawła i Panią Małgorzatę też, ale tych pozostałych wcale. Jak ja mogę zgłaszać listę osób, co do których nie jestem przekonany. Ja się tutaj podpiszę, a potem się okaże, że to jakiś bandyta albo aferzysta. Poza tym, tak między nami, to Pan Paweł nie zawsze sprząta po swoim psie, który regularnie brudzi przed moim domem.” Trudno sąsiadowi było odmówić racji.

W międzyczasie, jak zarejestrowaliśmy Komitet Wyborczy (pierwsza przeszkoda), wszystkie inne komitety wyborcze zaczęły się z nami kontaktować, proponując różnego typu wsparcie dla naszego osiedla w przyszłości w zamian za niewystawianie naszej listy i wstawienie naszego kandydata na ich liście. Zaczęli nas też „uświadamiać”, że własny Komitet to dużo papierkowej roboty, wszystko potem trzeba rozliczyć, mogą być problemy, itp. itd. Okazało się, że aby móc zrobić własną kampanię, trzeba założyć konto bankowe i pisać protokoły. Ogólnie mówiąc - zapał osłabł. W końcu, po straceniu wielu godzin na dyskusje, z którym komitetem wyborczym będzie najbardziej po drodze, weszliśmy w „układ koalicyjny” z inną listą. W wyniku „targów” nasz kandydat został wpisany na wysokie miejsce na liście do gminy naszego „koalicjanta”, a autor tych słów wystartował na radnego do powiatu z listy „koalicjanta” obok kilkunastu zupełnie obcych mu osób. Dodatkowo, z opublikowanych obwieszczeń wyborczych dowiedziałem się, że na „mojej” liście wyborczej do powiatu, startują również przedstawiciele partii, z którą nie chciałem mieć nic wspólnego. Okazało się bowiem, że tuż przez terminem publikacji list, nasz „partner koalicyjny” wszedł w kolejny „układ koalicyjny”. Oczywiście nikt mnie o tym nie poinformował. Gdy zgłosiłem się, że w takiej sytuacji ja chcę się wycofać, dowiedziałem się, że „jest już za późno, bowiem wszystko już zostało zgłoszone”.

Tak wygląda ordynacja wyborcza na najniższym poziomie - na radnego do gminy. Startowanie na radnego do powiatu jest jeszcze bardziej złożone i wymaga posiadania całej organizacji. Nasz „koalicjant” ją miał, bo zawodowo jest samorządowcem. Taka grupa 136 rodzin z mojego osiedla nie byłaby w stanie, ze względu na różne wymogi formalne, wystawić swojego kandydata na radnego powiatowego. O wystawieniu kandydata do województwa czy do Sejmu już nie ma co mówić.

Fakt, że ja, obywatel wolnej Rzeczypospolitej nie jestem w stanie zgłosić kandydata do rady gmin, sprawił, że zainteresowałem się tematem ordynacji wyborczej. Okazuje się, że demokracja demokracji nierówna. W Anglii, aby zgłosić kandydata do rady gminy (ang. „Councillor” w „Parish” lub „Community”), trzeba zebrać dwa podpisy (rekomendacje) od 2 (słownie: dwóch) osób mieszkających w danej gminie. Aby zgłosić kandydata do Parlamentu Westminsterskiego, trzeba zebrać 30 podpisów i wpłacić 500 funtów kaucji (zwracanej jeśli kandydat dostanie 5% głosów w okręgu). W każdym okręgu wyborczym, który jest stosunkowo mały, wygrywa tylko jeden kandydat. Ten, który dostał najwięcej głosów. Dodatkowo, jeśli zwycięzca okaże się nieudacznikiem lub osobą niegodną reprezentowania innych, wyborcy mogą go odwołać! System prosty i czytelny, który w takich krajach, jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone działa od początku demokracji (czyli w USA „od zawsze”).

Bartłomiej Michałowski
Ruch Normalne Państwo - www.normalne.pl
Autor książki „Czy w Polsce może być normalnie?”


Wiadomość nadesłana przez czytelniczkę/czytelnika portalu www.ngo.pl.

Źródło: Obywatelski Komietet Inicjatywy Ustawodawczej
Organizator:

Obywatelski Komietet Inicjatywy Ustawodawczej

Adres:

Szpitalna 5/5 00 031 Warszawa,

Tel.:

22 828 91 28 wew.126, 502 733 753

Faks:

22 828 91 29

E-mail:

jednomandatowe@poczta.onet.pl

Www:

http://jednomandatowe.org 

Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 0 0

Skomentuj

KOMENTARZE

  • jestem za zmianą! ~b 07.08.2006, 04:23 jak mogę pomóc? ODPOWIEDZ
  • mozna w sieci przeczytac 'Czy w Polsce może być normalnie'? ~monika 07.08.2006, 01:31 cala albo fragment? ODPOWIEDZ
  • Bzdury i to totalne ~dido 29.07.2006, 11:13 Samo stwierdzenie, że pojawił się kandydat którego ktoś poprze w okręgu a potem pisanie, że było trudno znaleźć 8 osób do obsadzenia listy to już kit z poparciem. Dalej nie komentuje bo to stek bzdur. JOW to też kit z bardzo prostego powodu - PAŃSTWEM ZACZNĄ RZĄDZIĆ BOGACZE - których będzie stać na ograniczoną kampanię regionalną. Obecne listy zdobywają poparcie nie tylko siłą lidera, ale i siłą pozostałych kandydatów na liście i jest wspaniałą zasadą demokracji partyjnej. Co do JOW to pamiętajcie o takich Stokłosach co kasą zdobywają mandaty, czy też o takich Palikotach. ODPOWIEDZ

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • inicjatywy oddolne
  • społeczeństwo obywatelskie