W ilu zespołach brałaś udział?
– Brałam udział w dwóch spotkaniach zespołów opiniujących wnioski (dotyczących czterech konkursów) – te spotkania miały bardzo różny przebieg. Na pierwszym, obecni byli wszyscy radni i wszyscy urzędnicy, a ja byłam jedyną przedstawicielką NGO-sów. Uważam, że to była nasza (tj. „pozarządowców”) wpadka, ale o tym więcej za chwilę. W każdym razie, rozmowa na temat wniosków toczyła się między mną, a urzędnikami – mile zaskoczył mnie fakt, że była to bardzo sensowna dyskusja dotycząca faktów i w większości wypadków mieliśmy podobne zdanie na temat wniosków lub udawało nam się wypracować kompromis.
A jakie wrażenie zrobiła na tobie praca radnych?
– Miałam wrażenie, że nie byli zbyt skupieni na sprawie. Zresztą, trudno im się dziwić, bo z trojga osób wyznaczonych przez Radę Miasta do zespołu opiniującego tylko jeden radny pofatygował się wcześniej do Biura Kultury, żeby przejrzeć wnioski. Pozostałe osoby opierały swoje sądy w dużej mierze na kilkuzdaniowych wprowadzeniach wygłaszanych przez urzędnika.
Dlatego przebieg drugiego zespołu był o wiele bardziej dramatyczny, bo po omówieniu połowy ze stu dwudziestu wniosków dwoje radnych postanowiło wyjść, a trzecia radna stwierdziła, że ona też ma już tylko 40 minut. Na pytania pozostałych uczestników zebrania – jak to możliwe, że wychodzą, skoro termin naszego spotkania wyznaczono już dwa tygodnie wcześniej właśnie pod kątem ich wygody i w uzgodnieniu z ich harmonogramami, odpowiedzieli, że niestety nie mają czasu, obowiązki wzywają (tak jakby to spotkanie nie należało do pola obowiązków) – i tyle. Kiedy zaproponowaliśmy, że w takim razie, ponieważ wciąż mamy kworum (tym razem był komplet przedstawicieli NGO-sów), rozpatrzymy resztę wniosków po prostu bez udziału radnych, trzecia radna obecna jeszcze na sali stwierdziła, że nie zgadza się na takie rozwiązanie i że możemy przecież spotkać się kiedy indziej. Zaproponowany przez nas inny termin spotkania (trzy dni później) nie odpowiadał jej. Pozostało nam rozpatrzeć wnioski w tempie dosyć ekspresowym. Z jednej strony, ponieważ nasza trójka (przedstawicieli organizacji) spędziła ładnych parę dni na wnikliwej lekturze złożonych projektów, wiedzieliśmy, na kogo chcemy głosować, z drugiej – sprawa dotyczyła konkursu, w którym było bardzo mało pieniędzy i bardzo dużo wniosków, więc wybór był trudny i powinien zostać poprzedzony dłuższą dyskusją o tym, które projekty byłyby najcenniejsze dla miasta.
Mówiłabym o tym więcej, ale na szczęście wiem, że nowa ustawa o działalności pożytku publicznego wycofuje radnych z zespołów opiniujących. To wspaniała wiadomość, bo ich udział w tych działaniach wydaje się pomyłką. Z trzech osób z Rady Miasta, z którymi „współpracowałam”, tylko jedna miała jakikolwiek związek z kulturą. Dwójka pozostałych – nie wiem, na jakiej podstawie współdecydują o losie projektów pisanych przez animatorów kultury i artystów, bo wygląda na to, że nie są do tego przygotowani merytorycznie.
Jakie są twoje ogólne wnioski po tej współpracy?
– Pozytywne są takie: w trakcie obrad zespołu (poza sytuacjami wyjątkowymi) odbywa się prawdziwa dyskusja na temat wniosków – jeżeli jest się do niej przygotowanym, (to znaczy – jeżeli przeczytało się wszystkie wnioski) to ma się w miarę istotny wpływ na rezultaty tej dyskusji. Dlatego jeżeli ktoś chce poświęcić trochę czasu na pracę na rzecz kształtowania polityki kulturalnej miasta, nie będzie to czas zmarnowany. Urzędnicy są przygotowani do tej rozmowy.
Po stronie negatywów są radni i ich niefrasobliwe zachowania, które świadczą niestety o pewnym braku szacunku do własnych wyborców. Myślę, że wadą tego systemu jest też uznaniowość i arbitralność ocen, dlatego cieszy mnie stopniowe wprowadzanie systemu eksperckiego, według którego oceny ekspertów będą podstawą, wokół której toczyłaby się dyskusja zespołu opiniującego. Członkowie zespołu nie mogą się oczywiście znać na wszystkim, więc taka wstępna ocena eksperta będzie bardzo cenna i sprawi, że cały ten proces będzie po prostu bardziej profesjonalny. O ile eksperci rzeczywiście będą ekspertami – dobór właściwych osób jest tutaj kluczowy.
Do czego najczęściej „przyczepiają się” członkowie zespołu?
– Do źle skonstruowanego budżetu – najbardziej razi sztuczne „pompowanie” wydatków. Jeżeli połowa kosztów produkcji jakiegoś wydarzenia to wynagrodzenie koordynatora i producenta lub asystenta, to raczej wiadomo, że chodzi o zarobienie pieniędzy, a nie o stworzenie czegoś wartościowego. Projekty o podobnym charakterze i zasięgu różniły się czasem dramatycznie w wycenie kosztów: w jednym PR-owiec miał otrzymać 30 000 zł , a w innym, za podobny zakres pracy – 5000 zł, jedni aktorzy za granie spektaklu mieli dostać po 500 zł, a inni – po 3000 zł (co ciekawe, ci pierwsi mieli zdecydowanie większą renomę), księgowa za tę samą pracę w jednym projekcie miała otrzymać 400 zł, a w innym – 1500 zl. Każdy, kto zrobił kilka własnych projektów, może dosyć łatwo ocenić, kiedy różne punkty kosztorysu „odklejają” się od rzeczywistości.
Jako osoba, która od lat składa własne wnioski uważam oczywiście, że artyści i animatorzy działający w trzecim sektorze muszą dostawać wynagrodzenia za swoją pracę i chciałabym, żeby te honoraria pozwalały im żyć i tworzyć – i żeby nie musieli żałować, że nie otworzyli salonu kosmetycznego zamiast zajmować się sztuką. Z drugiej strony, środki miejskie są bardzo ograniczone, dlatego trzeba ostrożnie oddzielać tych, których działania są rzeczywiście cenne dla miasta i dla kultury, od tych, którzy – mówiąc wprost – „chałturzą” albo po prostu nie wypracowali jeszcze bardzo dobrych projektów. Oczywiście, łatwo powiedzieć… – i tu wracamy do sprawy ekspertów.
Czy zdarza się tak, że widać sympatie do określonej organizacji wbrew przesłankom merytorycznym?
– Tak, zdarza się – sympatie i antypatie! Od razu przychodzi mi do głowy casus pani radnej, która z powodów prywatnych nie lubi pewnej (uznanej zresztą przez krytyków i publiczność) grupy teatralnej i dlatego przygląda się jej projektom z wyjątkową skwapliwością i wyostrzonym krytycyzmem. Jednak pozytywne jest to, że w dziewięcioosobowym zespole, takie jednostkowe zachowania raczej nie mają mocy sprawczej.
Na czym skupia się dyskusja?
– Dyskusja zaczyna się od ustalenia, czy projekt ma coś wspólnego z tematem danego zadania i z podpunktami, które zawsze znajdują się w ogłoszeniu pod danym tematem. Co ciekawe, w niektórych projektach nie udało nam się znaleźć żadnych punktów wspólnych z zadaniem. Innym istotnym punktem oceny wniosku jest spójność merytorycznego harmonogramu z kosztorysem – niektóre organizacje mają z tym kłopoty.
Jak zachowują się przedstawiciele organizacji?
– Mam dwa różne doświadczenia. W jednym wypadku troje przedstawicieli NGO-sów spędziło sporo czasu nad wnioskami i w miarę możliwości wypełniło swoje zadanie. W drugim – byłam jedyną przedstawicielką, która stawiła się do pracy. Druga – pomimo telefonów z Biura Kultury nie znalazła czasu, żeby się tym zająć, chociaż jej kandydatura była wcześniej bardzo ostro forsowana przez KDS ds. Tańca. Trzeci przedstawiciel na kilka dni przed spotkaniem zespołu zorientował się, że jest członkiem organizacji, która złożyła w jednym z konkursów wniosek, co oczywiście go zdyskwalifikowało. To nie wystawia nam najlepszego świadectwa, bo z jednej strony narzekamy na brak wpływu na politykę kulturalną miasta, a z drugiej – kiedy już możemy na nią jakoś wpłynąć, okazujemy się nie do końca profesjonalni.
Na czym wykładają się organizacje?
– Po pierwsze – na „rozdmuchiwaniu” budżetów. Po drugie – na seryjnym składaniu projektów. Było całkiem sporo takich organizacji, które złożyły na różne konkursy w sumie 6 – 8 wniosków, które były lekkimi modyfikacjami 1 – 2 oryginalnych projektów. To nie robi dobrego wrażenia, bo obnaża technikę dopasowywania jednego pomysłu do wszystkiego, a w ten sposób raczej nie powstają cenne autorskie projekty.