09.02.2012 21.08
Wiadomość archiwalna

Pierwsza blogerka polityczna z… NGO-sów

W ostatnich dniach przez media przetoczyły się sensacyjne wiadomości na temat tożsamości pierwszej politycznej blogerki, posługującej się pseudonimem Kataryna. Od wielu lat tak same media, jak wielu internautów formułowało najróżniejsze przypuszczenia, kim może być osoba, której analizy różnych wątków życia publicznego budziły duże emocje i wiele kontrowersji.

2009-06-01, 16.35

 

Sposób, w jaki jedna z gazet codziennych, wbrew woli samej zainteresowanej, podała wystarczającą ilość danych, aby każdy, kogo ta sprawa ciekawi, samodzielnie za pomocą kilku „kliknęć” odnalazł jej imię i nazwisko, już jest przedmiotem wielu komentarzy internautów i autorytetów. Wyniki sondy przeprowadzonej na stronach Dziennika, w której na zadane pytanie „Czy dziennikarze powinni ujawnić tożsamość znanej blogerki Kataryny?” 74% odpowiedziało: „nie, anonimowość blogera trzeba szanować”, przy 14% „tak, skoro dotarli do takich informacji”, dają jasny obraz tego, jakie jest zdanie internautów. Poza jednak tą sprawą, mogącą stać się przedmiotem sporu o naruszenie dóbr osobistych samej Kataryny, ujawnionym informacjom towarzyszyły dyskusje zogniskowane wokół kwestii anonimowości internautów i wynikającego z niej braku odpowiedzialności.
 
W tej kwestii tak wśród osób, które same piszą blogi, jak i tych, które są ich wiernymi czytelnikami atmosfera została rozgrzana do czerwoności. Do idących już chyba w tysiące wpisów na stronach internetowych dołączyła poproszona o komentarz grupa ekspertów i osób znanych z aktywności w różnych dziedzinach życia publicznego. Dyskutanci zajęli dwie skrajne pozycje: jedna, (np. Jerzy Jachowicz) że „internauta musi być anonimowy, (…) że poczucie wolności, jakie zapewnia anonimowość jest nową wartością wręcz naszej kultury, którą przyniosła nam elektronika”, druga, że „autorzy informacji wykorzystują fakt, że są anonimowi i wypuszczają paszkwile lub niesprawiedliwe krytyki wymienianych już z nazwiska osób” (np. prof. Jacek Hołówka).
Zresztą argumenty padające w tej sprawie można mnożyć oraz rozbudowywać (zainteresowani mogą bez trudu prześledzić je na co najmniej kilku stronach internetowych). W tym kontekście pojawia się – co naturalne – zagadnienie odpowiedzialności i pytanie zadane w kolejnej sondzie: „Czy anonimowość autora zwalnia z odpowiedzialności za treść wypowiedzi w internecie?” Tutaj 15% odpowiedziało – tak, to oczywiste, ale już 38% uważa, że w żadnym wypadku nie. Prof. Wojciech Sadurski, prawnik i znany bloger, uważa jednak, że „Ukrywanie tożsamości przez blogerów sprzyja nieodpowiedzialności za słowo”.
Sam Cezary Michalski, w dużej mierze sprawca całego zamieszania, pisze „Wielokrotnie czytałem bluzgi (bo nie sposób tego nazwać polemikami) anonimowych internautów umieszczone pod tekstami własnymi i moich kolegów. Niezwykle surowo osądzające nasz warsztat, zarzucające nam sprzedajność, stronniczość, a wszystko to pod pseudonimem, bez brania jakiejkolwiek odpowiedzialności za słowo”. Jachowicz, wychodzący z pozycji daleko bardziej liberalnych uważa „Tym bardziej właśnie w przypadku polityków, zainteresowani, aktywni społecznie obywatele, a takimi są przecież internauci, muszą mieć zagwarantowaną anonimowość, by mieć szanse wypowiedzieć się całkowicie szczerze i bez zahamowań”.
 
Dla porządku tylko warto przypomnieć o formalnej różnicy między anonimem a pseudonimem. Otóż anonim, oznacza nieznanego autora lub tekst całkowicie pozbawiony podpisu, co uniemożliwia rozpoznanie tego autora. O ile w stosunku do słowa drukowanego, definicja ta jest nadal aktualna, to w świecie wirtualnym rzadko można zapewnić sobie taką pełną anonimowość (rozpoznanie autora często może być tylko kwestią czasu, kosztów i umiejętności administratora danej strony). Pseudonim zaś to przyjęta indywidualna nazwa danej osoby, inna niż oficjalne imię i nazwisko. I choć w Internecie pseudonimów można mieć tak samo dowolną ilość, jak niepodpisanych (anonimowych!) wpisów, to jednak zwykle zastosowanie go wiąże się z przemyślaną decyzją. Od tej pory swoją działalnością pracuję na „dobre lub złe imię” swojego pseudonimu – tak, jak w „realu” na swoje imię i nazwisko. W świecie wirtualnym różnica może subtelna, ale jednak istnieje.
 
Zapyta ktoś, co powyższe wywody mają wspólnego z portalem ngo.pl? Ani tu nie uprawia się polityki, ani nie walczą ze sobą żadne frakcje, ani też w końcu nikomu nie chodzi o „wykoszenie” konkurencji. Otóż mają! Wystarczy prześledzić komentarze do licznych publikowanych tu wywiadów, tekstów czy informacji, aby przekonać się, że i ten portal nie jest wolny od anonimowych wpisów. Jaki jest bowiem procentowy stosunek podpisanych imieniem i nazwiskiem komentarzy wobec anonimowych lub tych, w których użyto intrygująco brzmiącego „nicku”?  A jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę ładunek emocjonalny zawarty w tych komentarzach, to – możemy się założyć! – wyjdzie, że te, w których wyrażone są uwagi krytyczne w prawie 100% podpisane nie są.
 
Nie wiem czy to źle, wiem, że tak jest. Może to znak czasu? Może specyfika Internetu? A może jednak rodzaj zasłony dymnej, która anonimowo lub pod incydentalnie przyjętym pseudonimem pozwala kopnąć mocniej, czasem bez użycia rzeczowych argumentów, które „pod nazwiskiem” trudniej byłoby pominąć? To interesująca kwestia i aż sama jestem ciekawa jaki stosunek do tego mają czytelnicy portalu, w większości wywodzący się przecież z organizacji, które, choć różne, przywiązane chyba do wartości, jaką jest niczym nieskrępowana debata. Ja sama opowiadam się za jawnością – jeśli tak to można nazwać – wpisów. I choć na znaczenie zawartej w ewentualnym komentarzu myśli, także krytycznej, podpis lub jego brak nie ma wpływu, to jakoś łatwiej mieć do czynienia z kimś, kto tę druzgoczącą krytykę opatrzył imieniem i nazwiskiem.
 
To jeden powód, żeby dyskusję toczącą się wokół coraz mniej tajemniczej Kataryny prowadzić także na tym portalu. Drugi jest mocniejszy. Otóż jak udało się ustalić przebiegłym dziennikarzom, Kataryna jest na co dzień prezeską… fundacji. Dla tych z zainteresowanych, którzy o posługiwanie się tym pseudonimem podejrzewali polityków z pierwszych stron gazet lub topowych publicystów czy dziennikarzy, musi to być szok. Oto bowiem najsłynniejsza w Polsce polityczna blogerka, oceniająca polityków i dziennikarzy, jest po prostu działaczką organizacji pozarządowej! Jedną z nas.
 
Co w tym dziwi? Jedynie słowa samej zainteresowanej. Otóż w wywiadzie udzielonym dziennikarce Dziennika ( maj 2009) zapytana, czy jeśli ujawnione zostaną jej dane będzie dalej pisała bloga mówi: Nie, to już byłby koniec. Nie mogę sobie wyobrazić pisania tego, co piszę i robienia tego, co robię zawodowo. Tego się nie da połączyć. (…) mam taką pracę, że gdyby to wszystko wyszło na jaw, to już zawsze byłabym postrzegana przez pryzmat tego bloga (…)”. 
 
To właśnie, według mnie, otwiera cały obszar dla dyskusji wśród samych organizacji pozarządowych (choć pewnie nie tylko!). Oto bowiem można by sądzić, że zaangażowanie w działalność społeczną motywowane jest tą samą potrzebą, co komentowanie bieżących wydarzeń, także politycznych. U źródeł leży ta sama troska o jakość życia publicznego. O kształt polityki, rozumianej jako współdziałanie dla dobra wspólnego, ale także tej, w której ścierające się interesy partyjne wpływają na kształt tak obywateli, jak i ich organizacji. A zatem czy organizuję festyn dla dzieci, czy walczę o czyste środowisko, czy szkolę innych, żeby swoje działania prowadzili skuteczniej, a wreszcie czy piszę bloga, w którym komentuję takie czy inne posunięcia osób publicznych, jestem aktywna! Robię coś, żeby, jak w jednej z reklamówek „żyło się lepiej”.
 
Gdzie tu kolizja? Skąd problem z łączeniem tych rzeczy? Może leży on w tym, że jako działacze społeczni, w tej swojej roli, staramy się być bezstronni, bez-światopoglądowi, bez-poglądowi politycznie? Ale przecież poza tą rolą mamy wiele innych! Wychodzimy z pracy, kończymy projekt, zamykamy rozliczenie i jesteśmy wolnymi ludźmi! Jedni głosują na Platformę Obywatelską, inni na Prawo i Sprawiedliwość, jeszcze inni na Samoobronę. Jedni są za lustracją, inni też, tylko żeby nie była dzika, jeszcze inni za spaleniem całości archiwów. Za aborcją i przeciw, za karą śmierci i przeciw, żeby wymienić tylko te, wywołujące skrajne emocje. Ale i w mniej istotnych kwestiach się różnimy, czasem bardzo. Czy to oznacza, że jeśli jestem prezeską fundacji albo stowarzyszenia to nie mogę wieczorem u siebie w domu pisać bloga? Nawet politycznego? Czy przez to, że gdzieś pracuję, działam, angażuję się wolno mi mniej? Mogę tylko milcząco patrzeć na otaczającą mnie rzeczywistość, choćby skręcało mnie w środku ze złości? Ja mam w tej sprawie inny pogląd. Nie widzę problemu, który tak teraz, jak i wtedy, kiedy zapadała o przyjęciu drugiej tożsamości decyzja.
 
Ale może to Kataryna miała rację? Może słusznie uważała, że albo blog, albo fundacja? Powodowana właśnie odpowiedzialnością, o której była mowa wyżej, ale nie tyle odpowiedzialnością za słowo, ale za swoją działalność w ramach organizacji? Może to ona miała rację przypuszczając, że każdy wniosek o dotację, każdy projekt, który będzie realizować jej fundacja, będzie już tylko rozpatrywany w kontekście jej PRYWATNYCH całkiem poglądów? Może to ona ma rację? A ja, ze swoją wiarą w to, że nie ma żadnego związku, a tym bardziej kolizji, pomiędzy pisaniem politycznego bloga a działalnością społeczną, się mylę? Po stronie jej koncepcji staje także Jerzy Jachowicz, który  uważa, że „Anonimowość zapewnia, że ich autorzy nie są niczym skrępowani, ani swoją pozycją społeczną, ani swoim zawodem. Wyobraźmy sobie jak np. ostrożnie musiałby pisać nauczyciel z małej mieściny. Pewnie musiałby szybko zrezygnować, bo szybko jego wpisy zacząłby recenzować dyrektor szkoły, środowisko rodziców dzieci, które uczy, a może i własna żona”.
 
Naprawdę tak jest? Tyle tylko mamy wolności? Dość, żeby wybrać między tym projektem, a tamtym, współpracą z tą organizacją albo tamtą? Raz zostawszy działaczem organizacji pozarządowej lub jej pracownikiem, zamknęliśmy za sobą, ale i przed sobą wszystkie inne formy aktywności? Jak mogliśmy dać sobie to zrobić?
źródło: inf. własna
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Komentarze | dodaj komentarz
Niestety - 2009-06-03, 12:13
Czy NGOs to druga półka? - 2009-06-03, 11:41
finał - 2009-06-02, 13:31
i nie ostatnia... - 2009-06-02, 11:48
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.