Przejdź do treści głównej

Fundusze unijne nie dla wszystkich organizacji [wywiad]

autor(ka): Magda Dobranowska-Wittels, ngo.pl
2016-02-15, 03:19
Grafika: Grzegorz Laszuk
O barierach dla organizacji, które chciałyby skorzystać z unijnych pieniędzy, o pracy przedstawicieli organizacji w komitetach monitorujących programy operacyjne, o kłopotach z generatorami wniosków i o tym, jak działają Lokalne Punkty Informacji - rozmawiamy z Agatą Wiśniewską-Górczewską i Patrycją Romaniuk, autorkami raportu z monitoringu programów operacyjnych na lata 2014-2020.

W raporcie Organizacje pozarządowe w procesie programowania regionalnych programów operacyjnych na lata 2014-2020. Wnioski i rekomendacje z raportów regionalnych”  przyglądacie się wielu różnym sprawom. Zanim porozmawiamy o szczegółach, powiedzcie czemu ma to służyć? Czego się spodziewacie po publikacji tego raportu?

Agata Wiśniewska-Górczewska, Program Reprezentacji NGO i Program Funduszy Europejskich Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych: – Prace nad raportem zaplanowaliśmy i przeprowadziliśmy z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że w obecnym okresie programowania środki Europejskiego Funduszu Społecznego, (EFS) kierowane do organizacji pozarządowych, dostępne są w ramach regionalnych programów operacyjnych. Poza tym mieliśmy całą procedurę wyboru przedstawicieli organizacji do komitetów monitorujących programy operacyjne. Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych (OFOP) była głównym animatorem dyskusji nad tą procedurą. Dodatkowo Komisja Europejska aktualnie bardziej akcentuje zasadę partnerstwa, w dużym stopniu w efekcie rzecznictwa organizacji pozarządowych, między innymi polskich. Chcieliśmy więc zobaczyć, jak to wszystko wygląda w praktyce i na ile ten nowy system jest przyjazny dla organizacji. Stąd monitoring w 16 województwach. Nie wiem, czy można ten dokument nazwać raportem otwarcia, ale wiemy, że jest potrzebna kontynuacja monitoringu regionalnych programów operacyjnych (RPO). Czy w takiej samej formule i przy zastosowaniu takiej samej metodologii – raczej nie. Na pewno jednak trzeba będzie pilnować programów operacyjnych.

W jakim sensie „pilnować”? Zapisów, które w nich są?

A.W.-G.: – Zasad. Na przykład zasady partnerstwa, ale też innych zasad horyzontalnych. Czy faktycznie są wdrażane. One są świetnie opisane w dokumentach, ale w praktyce to już różnie wygląda, a różnice między województwami są ogromne. Są „Wytyczne” Ministra Rozwoju, ale one nie muszą być stosowane. Na przykład wytyczne dotyczące komitetów monitorujących są przez instytucje zarządzające stosowane wybiórczo. Zwłaszcza w zakresie praw partnerów spoza administracji. Natomiast wytyczne w zakresie sprawozdawczości są stosowane co do kropki. I to właśnie mam na myśli, mówiąc „pilnować”. Uważamy, że trzeba patrzeć, na ile to nie są puste zapisy, ale też na ile my, jako organizacje pozarządowe, podjęliśmy te zadania, o które sami się biliśmy.

Na co można zwrócić uwagę? Jakie są te różnice między regionami?

Patrycja Romaniuk, Program Reprezentacji NGO i Program Funduszy Europejskich Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych: – Dobry przykład, bardzo niepokojący, który pojawił się w niektórych województwach to regulamin konkursu, który został ogłoszony, a potem zmieniony w trakcie trwania konkursu. Mało tego, często uaktualnione dokumenty, które publikowane były na stronie internetowej, nie były opisane datą, od kiedy obowiązują. W związku z czym organizacja przygotowująca wniosek nie była pewna, czy odwołuje się do najbardziej prawidłowego dokumentu. Inny przykład, z województwa świętokrzyskiego: opublikowano tekst RPO, ale nigdzie nie podano informacji, czy ten tekst jest zatwierdzony, czy to jest wersja obowiązująca. Dopiero niedawno dali adnotację, że to jest wersja, której należy się trzymać. A organizacje wcześniej nie były pewne, czy przypadkiem nie powinny gdzieś głębiej poszperać, żeby znaleźć właściwy dokument.

Inny przykład, na który zwróciliśmy uwagę, porównując regulaminy różnych komitetów monitorujących, że w zasadzie nigdzie nie spotyka się zapisów o konflikcie interesów. A wiadomo, że w komitecie monitorującym może znaleźć się osoba, która ma realny interes w tym, żeby przeszedł ten, a nie inny wniosek.

A.W.-G: – Do niedawna zbieraliśmy uwagi do generatorów wniosków. To jest koszmar. Akurat Specyfikacje Istotnych Warunków Zamówienia (SIWZ-y) przy zamówieniach na generatory, w kolejnym okresie programowania, naprawdę można było tak przygotować, żeby one chodziły.

P.R.: – Można było wykorzystać rozwiązania z istniejących generatorów.

A.W.G.: – A są tworzone od zera w każdym województwie.

P.R.: – Ministerstwo Rozwoju proponowało wszystkim województwo korzystanie z ich generatora. Żadne z tego nie skorzystało. W woj. podkarpackim w pewnym momencie w Excelu oczekiwali wniosków... Do połowy listopada nie było również generatora w kujawsko-pomorskim.

A.W.-G.: – A gdy już generatory są, to się zawieszają. Taka jest praktyka: podmioty zgłaszają swoje projekty pod koniec konkursu. Z różnych powodów. Pracują nad projektem do końca. A jak się zmieniają zasady konkursowe w trakcie, to nie będą wysyłać wcześniej projektu, bo po co? Jeżeli w ostatniej dobie, kiedy można zgłaszać projekty, do generatora siada 100 czy 200 osób jednocześnie, to te narzędzia tego nie wytrzymują. Ale przecież można było to przewidzieć.

P.R.: – Wiadomo, że zawsze dopracowuje się projekt do końca. To nie wynika z zaniedbań beneficjentów. Cyzeluje się i dopieszcza do samego końca, żeby złożyć jak najlepszy projekt. Dlatego większość składana jest w jednym momencie. Zresztą problemy z generatorami mają wszystkie grupy beneficjentów, nie tylko organizacje pozarządowe. Rozmawiałam np. z przedstawicielami powiatowych urzędów pracy, którzy mówili, że mają taką kategorię kosztów, których nie są w stanie wpisać w ogóle w żadną rubrykę. Albo źle się sumuje, a ręcznie nie da poprawić. Albo się nie ładuje. Albo nagle wypluwa starą wersję wniosku, zamiast wprowadzonej nowej. I jest zawał serca. Cała Polska boryka się z generatorami wniosków. I z jednej strony trochę rozumiem, a z drugiej kompletnie nie, kiedy przedstawiciel urzędu marszałkowskiego tłumaczy mi, że nic nie mogą z tym zrobić, bo muszą się trzymać zapisów w SIWZ, a projekt jest już zamknięty, rozliczony. A wykonawca generatora i tak był bardzo ugodowy, poszedł im na rękę i wprowadził ileś zmian, do których nie był zobowiązany umową. Ale ten generator nie działa.

A.W.-G.: – Trochę podobnie jest z Lokalnymi Punktami Informacji (LPI), które w założeniach miały być panaceum na każdą bolączkę. Mieli tam pracować ludzie, którzy powiedzą, czy nasz pomysł nadaje się do sfinansowania z funduszy, z jakiego programu, pomogą przygotować projekt, a potem jeszcze go rozliczyć. Wszystko. Do różnych decydentów dotarło już chyba, że tak się nie da. Punkty informacyjne w województwach informują o RPO, trochę o POWER, sporadycznie o jakichś innych programach.

P.R.: – Gdyby mnie posadzili w takim punkcie i kazali sypać detalami ze wszystkich 24 programów operacyjnych, ja bym się nakryła nogami. To nie jest realne. Ludzie tam pracują na przykład na pół etatu, a później mają inne obowiązki. Jest też różnica między pomocą w pisaniu wniosku a pomocą w pisaniu wniosku. Gdy ktoś nie wie, gdzie wpisać wartości wskaźników, to wypadałoby mu pomóc. Ale z rozmów z urzędnikami wynika, że często zdarzają się osoby, które po prostu oczekują, że ktoś za nie napisze wniosek, wypełni dokumenty i jeszcze powie, jakie maszyny ma kupić w projekcie. I gdy pracownicy LPI próbują tłumaczyć, że nie na tym polega ich praca, to spotykają się z oburzeniem. A dodatkowo, zajmując się takimi klientami, ignorują de facto całą długą kolejkę innych ludzi, którzy nie mogą się do nich dostać, dodzwonić itd. To trzeba wyważyć. Ja zrewidowałam swoją idealistyczną wizję LPI. Przyjmuję, że to powinien być raczej taki lekarz pierwszego kontaktu. W raporcie wskazujemy na kilka niedociągnięć, miejsc do poprawy. Ale na pewno nie można wysnuć wniosku, że sieć punktów informacyjnych „leży”. Jest też dużo dobrych przykładów.

Problem jest raczej taki, że niewiele województw było otwartych na to, żeby te punkty dać do prowadzenia komuś poza urzędem. LPI podlegają urzędom marszałkowskim. I tylko w kilku województwach ogłoszono konkursy na ich prowadzenie. I w tych konkursach zwyciężyły podmioty spoza administracji, nie tylko organizacje, także agencje rozwoju, starostwo.

Tam, gdzie przeprowadzono konkursy jest lepsza sytuacja?

P.R.: – Nie ma takiej zależności. Raczej chodzi o to, że punkty podlegające pod urzędy marszałkowskie mają zasznurowane usta. Boją się cokolwiek powiedzieć, bo „nie są uprawnione do komentowania”, odsyłają do pracowników departamentu w urzędzie marszałkowskim. Ale też, jeśli przyjmiemy, że pracownik LPI jest takim lekarzem pierwszego kontaktu, to on jest w stanie wykierować potencjalnego beneficjenta w odpowiednim kierunku i powiedzieć – tutaj tak, tutaj nie, na to są pieniądze, na to nie ma. A po szczegóły odesłać już do konkretnego departamentu w urzędzie. To ma więcej sensu, bo się tych szczegółów dowiaduje wtedy u źródła, czyli od ludzi, którzy to opracowują.

Opisujecie w raporcie wiele niedociągnięć na poziomie regionów. Ktoś się tym przejmuje?

P.R.: – Wnioski, które nam wychodzą z raportu komunikujemy do instytucji zarządzających, wdrażających, czyli do Ministerstwa Rozwoju, do wszystkich urzędów marszałkowskich. Rozmawiamy z nimi o tym, jest to też element edukacji. W grudniu na przykład spotykaliśmy się z Ministerstwem Rozwoju, prezentowaliśmy właśnie raport. Usłyszeliśmy, że podnosimy bardzo ważne kwestie, np. niesprawnych generatorów wniosków, niefunkcjonalnych stron internetowych, ale ministerstwo potrzebuje większych konkretów. Poproszono nas, abyśmy zebrali te przykłady wśród organizacji i im przekazali, a oni się tym dalej zajmą. Jest otwarcie na dialog, na współpracę, na głos pozarządowy.

Jest też inny efekt naszej pracy. Zyskujemy bowiem dzięki temu nieco szerszą perspektywę. Często w komitetach monitorujących jest tak dużo pracy, że członkowie tych komitetów skupiają się tylko na swoich zadaniach. A ważną kwestią jest uwspólnienie perspektyw. Być może ktoś w jakimś komitecie boryka się z jakimś problemem, który został już dawno rozwiązany w innym komitecie. Sieciowanie jest bardzo ważne. I widzimy, że to dobrze działa. Najlepiej to widać na Facebooku: ludzie wymieniają się różnymi doświadczeniami, podrzucają sobie różne rozwiązania.

A urzędy marszałkowskie, do których w dużej mierze wasze uwagi są kierowane bezpośrednio jakoś reagują?

P.R.: – Zdarza się, że tak. Wspominałam o konflikcie interesów. Tutaj też najłatwiej mi jest sięgnąć do przykładu z województwa świętokrzyskiego. Ogłoszono konkurs na działania związane z edukacją. Organizacje pozarządowe mogły aplikować. Złożono ponad 60 wniosków. A wniosek, który zgarnął praktycznie całą alokację, był czyj? Urzędu Marszałkowskiego. 12 milionów złotych. Podniosła się potworna wrzawa. Podczas spotkania z przedstawicielami urzędu wyłożyliśmy tę kwestię na stół. Urząd Marszałkowski przyznał, że to była „wtopa”, mówiąc brzydko. Ale konkursu nie unieważnili. Nie możemy dopuszczać, aby takie sytuacje powtarzały się w innych konkursach. Wysyłając w świat informację, że patrzymy na to, że punktujemy i że nie zostanie to zamiecione pod dywan - dajemy czytelny sygnał innym województwom, urzędom, żeby nie robić takich rzeczy.

Gdy się czyta wasz raport i napotyka na takie informacje, jak np. ta, że nie wiadomo, która wersja dokumentów jest ostatnia, ponieważ nie podano daty aktualizacji, to wydaje się, że są to sprawy dość podstawowe z poziomu komunikacji. To już jest kolejna perspektywa finansowa, którą realizujemy z pieniędzy unijnych. Wydawałoby się, że instytucje zarządzające do tej pory powinny się takich podstaw informowania nauczyć. Skąd te problemy? Czy dlatego, że więcej zadań jest po stronie regionów, które nie prowadziło działań informacyjnych na takim poziomie do tej pory? Z czego to wynika, bo to jest dla mnie dość zagadkowe.

A.W.-G.: – Trudno powiedzieć. Urzędy to są konkretni ludzie. Nawet jeżeli przywołujemy nazwę jakiegoś urzędu, to osoby tam pracujące mogły się niejednokrotnie zmienić. Nie mamy wiedzy, jaki jest procent urzędników, którzy pracowali w poprzedniej perspektywie czy w poprzednich perspektywach, a jaki jest procent ludzi nowych na tych stanowiskach. Pod koniec ubiegłej perspektywy pojawiały się głosy, że osoby, które pracują w tych różnych agencjach publicznych, zdobywając wiedzę, przechodzą do sektora prywatnego. Można więc zadawać pytanie, na ile instytucje publiczne są samouczące się.

Jest to też kwestia pewnego standardu pracy. Jeżeli ktoś wrzuca na stronę załączniki i nie nazywa ich właściwie, nie daje dat, nie pokazuje, że to jest kolejna wersja, to są tylko dwie możliwe interpretacje – albo robi to świadomie, ma jakiś ukryty cel albo robi to z niewiedzy i niedokładności, nie zwraca uwagi. Do tego też dochodzi kwestia, na ile różnego rodzaju pliki i dokumenty są przeszukiwalne. Część dokumentów nadal jest publikowana w tych nieszczęsnych plikach PDF, których nie można przeszukiwać albo w plikach graficznych. A nic by się nie stało, gdyby one były w formatach wordowskich czy opensourcowych. Albo nawet w PDF, ale przeszukiwalnym. To jest pytanie o standard pracy i o zrozumienie tego, że masa rzeczy przeniosła się do świata wirtualnego.

W rekomendacjach wskazujemy np., że jeden z punktów informacyjnych – jeden na 70 – korzysta z komunikatorów internetowych. A kilka kolejnych, które można zliczyć na palcach jednej ręki, ma profil na Facebooku. Osoby odpowiedzialne w Ministerstwie mówią nam, że nie mogą takich rozwiązań rekomendować, ponieważ byłoby oczekiwanie, że wszyscy tak będą robić, a oni – jako administracja – mają publikować te informacje na swoich serwisach. Z jednej strony dobrze, z drugiej strony rodzi się pytanie – czemu jednak nie przyklaskiwać fajnym pomysłom dotarcia do ludzi? Wiadomo, że moim interesem, jako organizacji, jeżeli chcę zrobić coś z funduszy europejskich, jest znaleźć dofinansowanie. Ale obowiązkiem i zadaniem strony publicznej, która zarządza tymi środkami, jest trafić do potencjalnych beneficjentów. Tu znowu otwiera się kolejny zestaw pytań i gdybań. Bo im większa promocja, tym więcej napłynie do nas, do urzędu, wniosków i będziemy mieli więcej pracy, żeby to ocenić. To może daleko idąca interpretacja, ale uważam, że wrzucenie krótkiej informacji na Facebooka czy Twittera, że rusza konkurs albo że opublikowaliśmy plan konkursów na ten rok, naprawdę nie wymaga dużo więcej pracy.

P.R.: – Pozwolę sobie wysunąć śmiałą hipotezę, że część niedociągnięć związanych z zamieszczaniem i opisywaniem dokumentów wynika z niedbalstwa. Na jakiej podstawie tak mówię? Ostatnio, na podstawie protokołów z posiedzeń komitetów monitorujących i list obecności, przygotowuję raportu o aktywności pozarządowych członków tych komitetów. Mam zrobioną w excelu listę, komitet po komitecie i po prostu przeszukuję strony. Ściągam wszystkie protokoły i listy obecności, które powinny tam być. Część jest, części nie ma. Wiem, że na przykład komitet odbywał się we wrześniu albo w październiku zeszłego roku, więc dzwonię i pytam, gdzie jest protokół. I słyszę: „jeszcze się tworzy, bo osoba była chora” albo „marszałek jeszcze zatwierdza”. Gdy już się za marszałkiem chowają, to nic się nie da zrobić. Ale ponieważ muszę mieć te dokumenty, to zrobiłam sobie szczegółową mapę białych plam, czyli czego nie ma na oficjalnych serwisach regionalnych programów operacyjnych i cierpliwie wysyłam do wszystkich sekretariatów maile „proszę o wysłanie do mnie i zamieszczanie dokumentów na stronie”. I nagle okazuje się, że dokumenty, które powinny tam wisieć od pół roku, nagle się pojawiają, a do mnie przychodzą mailem. Jeden tylko urząd wysunął wątpliwość, czy oni na pewno muszą mi udostępnić listę obecności. Bo skoro nie ma tego w regulaminie pracy komitetu, to chyba nie. Na co odesłałam wytyczne ministerialne dotyczące pracy komitetów monitorujących. Pani z urzędu zadzwoniła, powiedziała, że tak, oczywiście, już wysyła.

Nie chcę też potępiać wszystkich urzędników w czambuł. Monitoringiem funduszy unijnych zajmuję się już kilka lat. Wcześniej w organizacjach ekologicznych. Mam więc z tymi wszystkimi instytucjami dłuższy kontakt i widzę pewien progres. Jest już inna kultura rozmawiania i większa otwartość na dialog. Na przykład jedziemy do urzędu, z którym spotykaliśmy się powiedzmy rok temu. I już nie słyszymy odpowiedzi typu „Jak pani się nie douczyła, to niech się pani douczy”, co wskazuje na brak argumentów merytorycznych lub brak chęci wyjaśnienia jakiejś kwestii. Jest za to rzeczowa rozmowa. Myślę, że to postęp. Oczywiście, nie tak szybki jak byśmy sobie tego życzyli, ale te nasze działania odnoszą realny skutek.

A.W.-G.: – To jest bardzo ważny element i efekt monitoringu: coś się zmienia na bieżąco. Nie jest tylko tak, że przygotowujemy raport, wysyłamy i potem czekamy na odpowiedź. Na bieżąco widzimy, że na stronach pojawiają się jakieś dokumenty. Gdybyśmy spojrzeli kilka lat wstecz, na początek perspektywy 2007-13, to w ogóle nie do pomyślenia było zamieszczenie protokołów z prac komitetu. Przecież to jest tajne przez poufne i w ogóle o czym my mówimy? A lista członków komitetów?

Na pewno zmieniła się świadomość urzędników, wiele zmieniło się też w dokumentach polskich i komisyjnych, szczególnie jeśli chodzi o zasadę partnerstwa. Wzrosła też świadomość partnerów społecznych, nie tylko z organizacji pozarządowych.

A jak oceniacie zaangażowanie reprezentantów organizacji pozarządowych wybranych do komitetów monitorujących?

A.W.-G.: – Jest spore zróżnicowanie „jakości” tych reprezentantów. Wyborom do komitetów towarzyszyło duże poruszenie w sektorze: trzeba było zbierać podpisy, poparcie, było głosowanie itd. Teraz, wiele z tych osób, na które ileś organizacji głosowało, nie uważa, że powinni jakoś się sprawozdać, coś napisać, choćby trzy zdania. Prowadzimy serwis monitorpozarzadowy.pl, w którym staramy się informować o tym, co interesującego dla organizacji dzieje się w poszczególnych komitetach. Nie chcemy całych protokołów, nie chcemy całej strategii danego województwa, chcemy tylko wyciągać i pisać zwyczajnym językiem do organizacji o tym, co tam jest interesującego dla nich. Niestety, zwłaszcza ze strony pozarządowych członków komitetów monitorujących regionalne programy operacyjne odzew jest umiarkowany. O wiele lepiej jest na poziomie krajowym. A to naprawdę nie zawsze wymaga dużego nakładu pracy. Wiem, bo sama jestem członkiem komitetu monitorującego. Po prostu trzeba się zmobilizować. Ale obserwujemy też bierność przedstawicieli sektora w komitetach. Nie będę się odzywał, bo się boję.

Czego?

A.W.-G.: - Podpaść marszałkowi. Będę coś krytykować, dyskutować, to gdy będzie konkurs, moja organizacja odpadnie, dostanie mniejszą liczbę punktów itd. To są lęki nie do końca sprawdzone. Ale mamy też przykłady, które mogłyby to potwierdzać. Z innej strony wiemy też, bo niejednokrotnie nam to mówiono, że jeśli już z kimś się dyskutuje na tych komitetach, to właśnie z partnerami spoza administracji, którzy mają konkretne uwagi. Także ten obraz jest niejednoznaczny.

Osoby, które zostały wybrane do komitetów monitorujących podpisywały zobowiązanie, że będą aktywnie brały udział w pracach komitetów i informowały o tym, co się dzieje. Czy to stanowi podstawę do weryfikacji tych wyborów?

A.W.-G.: – Tak, tylko kto ma ich weryfikować? Powinni to robić ludzie, którzy na nich głosowali. Powinni na przykład zapytać członka komitetu „co tam ostatnio robiliście?”. Albo dlaczego są takie kryteria, a nie inne? W serwisie monitorpozarzadowy.pl prezentujemy kontakt do wszystkich pozarządowych członków i zastępców, maile, niektórzy dali swoje telefony. Można pytać i można wręcz domagać się spotkań.

W tej perspektywie finansowej członkowie komitetów i ich zastępcy mają łatwiejszy dostęp do środków z pomocy publicznej np. na zamawianie ekspertyz, powoływanie grup roboczych, organizację spotkań ze środowiskiem, które się reprezentuje. Oczywiście, na papierze jest to łatwiejsze niż w realu. Ale ile osób próbowało? Mamy wiedzę, że niewiele. W tych województwach, gdzie działają federacje organizacji pozarządowych ten proces jest łatwiejszy, bo federacja w swojej naturze ma rzecznictwo interesów sektora, a nie pojedynczych organizacji. Ale z drugiej strony, to też nie jest takie jednoznaczne przełożenie. Uważam, że kontakt bezpośredni jest najbardziej skuteczny.

A nie Rada Działalności Pożytku Publicznego powinna zająć się takimi mało aktywnymi pozarządowymi członkami i członkiniami komitetów?

A.W.-G.: – Rada Działalności i Pożytku Publicznego „firmowała” wybory do komitetów monitorujących programy operacyjne na poziomie krajowym. I jeszcze wybory do bodajże dwóch komitetów monitorujących RPO, ponieważ w tych województwach nie było rad działalności pożytku. Rady działalności pożytku do procedury wyborczej zostały wpisane przez Ministerstwo Rozwoju. My, jako OFOP i organizacje skupione wokół nas, nie chcieliśmy takiego rozwiązania, ponieważ rady nie są ciałami reprezentującymi organizacje. Tym bardziej nie są sądami. Uważaliśmy, że lepiej by było, aby federacje ogarnęły ten proces.

Natomiast na pewno ważne jest, aby na bieżąco patrzeć co się dzieje z regionalnymi programami, ponieważ mają kolosalne opóźnienia. I to jest zadanie dla rad. Projekt, w ramach którego przygotowaliśmy ten raport, miał kilkumiesięczne opóźnienie w stosunku do założonego harmonogramu. Dlaczego? Dlatego, że dopiero w połowie roku zostały powołane ostatnie komitety. W grudniu czy pod koniec listopada zostały ogłoszone w niektórych województwach pierwsze konkursy, w których mogły startować organizacje pozarządowe. Mówimy „początek perspektywy”. Nieprawda. To jest już koniec drugiego, początek trzeciego roku tej perspektywy. Ktoś na poziomie administracyjnym wziął odpowiedzialność za to, że umowy z Komisją i programy zostały podpisane dopiero na przełomie 2014 i 2015 roku. Ale nie będzie przedłużonego okresu wydatkowania funduszy. I znowu będzie gonitwa, żeby wydać.

Jednym z głównych powodów, dla którego zostało sformułowanych 12 postulatów i zawiązała się grupa 12 postulatów było doprowadzenie do tego, aby fundusze unijne, strukturalne były bardziej dostępne dla organizacji. Czy to się udało? Czy organizacjom jest łatwiej ubiegać się o te pieniądze?

A.W.-G.: – Trudne pytanie. To zależy jakim organizacjom. Na pewno nie są to łatwe pieniądze. Nie ma dolnej granicy budżetu dla projektu, który był wskazany dla EFS 2007-2013 i wynosił 50 tys. zł. W związku z tym komitety, przyjmując kryteria wyboru projektów, ustalają swoje granice. I najniższa wynosi chyba 100 tys. złotych. To jest od razu pewna zapora. Są też wymogi dotyczące przychodów, obrotów, doświadczenia.

Osobiście – chociaż może się narażę na niepochlebne komentarze – uważam, że to nie są pieniądze dla wszystkich organizacji. W poprzedniej perspektywie były takie, które poległy na funduszach europejskich. Organizacje tzw. małe, to znaczy z niewielkim budżetem, czy niewielkim doświadczeniem i bez odpowiedniego zgrania wewnętrznego powinny brać udział w tych projektach tylko jako partnerzy. Mówimy nie tylko o przygotowaniu projektu, o zaprojektowaniu i skali działań. Mówimy na przykład o całej obsłudze finansowo-administracyjnej, która jest trudna, to jest dużo papierologii. A środki na to są ograniczone. Koszty pośrednie czy instytucjonalne są systematycznie obcinane w projektach funduszowych.

I trzeba mieć jeszcze wkład własny.

A.W.-G:. – Tak. Z jednej strony, uważam, że to są zadania publiczne, dlaczego więc organizacje mają mieć wkład własny? Z drugiej strony, chociaż nie podzielam, to rozumiem argumentację strony publicznej, która mówi, że w realizację projektu bardziej angażuje się projektodawca, który da coś od siebie.

Jak, po opracowaniu tego raportu, po monitoringu, z perspektywy NGO oceniacie nowy system wdrażania funduszy unijnych, oparty na regionach? Czy to rzeczywiście służy lepszemu wykorzystaniu tych pieniędzy?

A.W.-G.: – Dopiero po zakończeniu pierwszych projektów będzie można to powiedzieć. Na przykład w raporcie, który był przygotowywany na podstawie materiałów przesyłanych z województw przez organizacje pozarządowe, nie ma w zasadzie głosów krytycznych, jeśli chodzi o kryteria doboru projektu. Niektóre komitety głosowały kryteria blokami i była obawa, że nie da się poprawić jednego kryterium, jeśli reszta jest ok. Ale okazało się, że gdy pojawia się taki problem, to można było rozbić głosowanie, chociaż nie ma takiego rozwiązania w dokumentach określających system.

Podniesienie kwoty minimalnej wartości projektu utrudnia sytuację organizacjom. Zwłaszcza, że nie wszystko musi kosztować aż 100 tys. zł. Można różne fajne rzeczy, skuteczne i dobre dla ludzi robić za mniejsze pieniądze.

Na pewno trudnością dla organizacji jest zapewnienie wkładu własnego, zwłaszcza że są różne obwarowania, z czego on może być finansowany.

Ale z oceną na podstawie praktycznych doświadczeń organizacji trzeba poczekać na rozstrzygnięcie konkursów, realizację pierwszych projektów, przyjęcie sprawozdań. Wtedy zobaczymy, co dalej.

Wiemy na przykład, że bardzo różnie wygląda zapisywanie w dokumentach wymogów dotyczących stosowania zasad horyzontalnych – np. partnerstwa i równości szans. Jeśli chodzi o równość szans, to Departament Europejskiego Funduszu Społecznego Ministerstwa Rozwoju, w porozumieniu z partnerami, zwłaszcza z grupą ON Inclusion, bardzo mocno tego pilnuje. Ale z zasadą partnerstwa już tak nie jest. Wiele osób i instytucji ma usta wypełnione hasłem „zasady horyzontalne”, tylko nie wiadomo kto jak to rozumie i realizuje w praktyce.

P.R.: – To trochę widać w tym pierwszym monitorowanym przez nas obszarze, czyli jak były przygotowywane te dokumenty. Ile czasu to zajęło? Czy te procesy były otwarte? I to nie tylko na NGO-sy, ale w ogóle na inne środowiska niż tylko urzędnicy. To wygląda różnie. Instytucje zarządzające muszą się z tego sprawozdawać. Czasami widać, że jest to naciągane. Niby jakieś grupy robocze tworzono, ale gdy się głębiej pogrzebie, to się okazuje, że w tych grupach byli sami urzędnicy. Nie było nawet informacji na stronie, że coś takiego się dzieje, albo zamieszczano je sporadycznie. Ten proces nie był ciągły ani przejrzysty, w sensie informowania. Nie mówiąc już o różnych formach konsultacji społecznych.

To jest cały czas styk tych spraw, o których mówiłyśmy na początku – na ile jest to nieświadomość, niski standard pracy, a na ile niechęć i konkretna polityka, która ma za zadanie „obcinać” różne mniej lub bardziej niewygodne uwagi mieszkańców, stowarzyszeń tych mieszkańców, pracodawców, pracobiorców z danego województwa. To jest też pytanie, na ile strategie województw, które były podstawą do tworzenia RPO i same RPO odzwierciedlają wizję tylko zarządu województwa czy regionalnych polityków regionalnych, a na ile są wynikiem rozeznania potrzeb mieszkańców. Nie chodzi mi o to, żeby każdy mieszkaniec województwa miał świadomość swojej strategii. Ale te grupy obywateli, które chcą być bardziej zaangażowane, powinny mieć na nią wpływ. Czy ktoś ich zapytał, czego by chcieli? A potem przygotował zestawienie z odpowiedziami merytorycznymi? Cały czas jest duża lekcja do odrobienia.

 


Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 8 3

Skomentuj

KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • fundusze, fundraising, finansowanie
  • integracja społeczna
  • partnerstwo
  • współpraca z administracją
  • zrównoważony rozwój