Przejdź do treści głównej

Zapalamy pierwszą iskrę [wywiad]

autor(ka): Magdalena Kawa
2016-01-22, 17:54
użytkownik
archiwalne
O tym, dlaczego ważne jest spotkanie z drugim człowiekiem opowiada Ewa Kozdraj, prezeska Stowarzyszenia Dla Ziemi i koordynatorka projektu "Głosem kobiet", współtwórczyni kampanii informacyjnej "Jestem kobietą. Mieszkam w Polsce".

Magdalena Kawa:Kampania „Jestem kobietą. Mieszkam w Polsce” nie była standardową kampanią społeczną. Zrobiliście ją własnymi siłami, bez pomocy profesjonalnej agencji. Czym jest ta kampania?

Ewa Kozdraj: – Kampania jest próbą dotarcia do polskiego społeczeństwa z informacjami na temat uchodźczyń i migrantek mieszkających na terenie Polski. Stronę kampanii, na której zamieściliśmy informacje o elementach kampanii: link do filmu, historii mówionych, piosenki, viral, rozpowszechnialiśmy poprzez media społecznościowe. Wydaje nam się, że jest to najprostszy sposób dotarcia do osób, do których nie udałoby nam się dotrzeć bezpośrednio z naszymi działaniami.

Celem kampanii było między innymi zmiana nastawienia wobec uchodźców i uchodźczyń mieszkających w Polsce. Jaka jest pewność, że np. film zrealizowany w ramach Waszej kampanii zmieni czyjeś nastawienie?

E.K.: – Nigdy nie ma takiej pewności. Nie możemy sobie tego przypisywać, że nagle po emisji filmu ludzie zmienią swoje nastawienie do uchodźców i migrantów. To jest danie pierwszej iskry, informacji.

Ludzie po prostu nie wiedzą, że w Polsce są uchodźcy. Najczęściej dowiedzieli się na fali tego, co się działo w Polsce jesienią ubiegłego roku. Ale do tej pory nie wiedzieli, że przez kilkanaście lat przez nasz kraj przewinęło się około osiemdziesięciu tysięcy uchodźców pochodzących z Kaukazu, w zdecydowanej większości wyznających islam. Z nimi „zwykli” ludzie nie mieli w ogóle do czynienia, najczęściej ich po prostu nigdy nie spotkali. Nawet mieszkając niedaleko od ośrodka dla cudzoziemców. Naprawdę niewielkie grupy osób miały wiedzę o ich istnieniu. A ludzie się boją tego, czego nie znają. I nasze działania to próba dotarcia z informacjami. Ale nie mamy stuprocentowej gwarancji, że to zmieni wizerunek wobec uchodźców.

A poprzez jakie działania można ten wizerunek zmienić?

E.K.: – Bardzo ważne w naszym projekcie okazały się spotkania w Klubach Kobiet Aktywnych. Bo one nam uświadamiały, jak niewielka w Polsce jest wiedza na temat uchodźców, ale jednocześnie te spotkania pokazywały, jak bardzo ludzie współodczuwają i jak bardzo poznane historie uchodźczyń dotykają uczestniczki Klubów Kobiet. Dodatkowo dzięki tym spotkaniom poznałyśmy wiele wspaniałych kobiet z Lubelszczyzny, otwartych i zaangażowanych społecznie. I dzięki temu ogromnie ważny był ten bezpośredni kontakt, możliwość spotkania się.

Jeżeli o czymś czytamy w gazetach, oglądamy w telewizji, to zdobywamy pewne informacje, ale bezpośredni kontakt stawiam jednak na pierwszym miejscu. Bo trudno jest człowieka skrzywdzić, ośmieszyć, wyszydzić w momencie, kiedy go widzimy na własne oczy. A poza tym każda ze związanych z nami uchodźczyń opowiada historie, które tak chwytają za serce. Ich historie zawsze są bardzo trudne, wzruszające.

I to działa?

E.K.: – To do ludzi dociera. Dodatkowo jest ten kontakt. Ja widzę osobę, która do mnie mówi. Poznaję jej historię, poznaję to, co przeżyła. Widzę, jak ona to przeżywa, czuję to. Bardzo bym nie chciała znaleźć się na jej miejscu. I wtedy jest szansa, że na innych uchodźców/uchodźczynie spojrzę inaczej, z „ludzkiej” strony. Z empatią i szacunkiem.

A kiedy to się wszystko zaczęło?

E.K.: – Wszystko się zaczęło w 2006 roku, kiedy byliśmy w Gimnazjum na ulicy Raszyńskiej w Warszawie. Tam poznaliśmy uchodźców z Tybetu i nawiązaliśmy kontakt z przyszłą Fundacją Sam Dżub Ling. Dowiedzieliśmy się, że są uchodźcy w Polsce. Bo my też tego nie wiedzieliśmy.

Zaczęliśmy się zastanawiać skąd są te osoby, gdzie przebywają. Nic nie wiedzieliśmy. I okazało się, że najwięcej ośrodków dla cudzoziemców jest na Lubelszczyźnie. My tego po prostu nie wiedzieliśmy, nawet pomimo tego, że zajmowaliśmy się sprawami tak bliskim, bo realizowaliśmy projekty z tematyki praw człowieka, wielokulturowości. Uchodźców nie było widać na ulicach, w przestrzeni publicznej. Ośrodek w Leonowie był oddalony od nas tylko o 30 kilometrów.

Ale zanim zaczęliście działać w ośrodkach, byliście jeszcze w Tybecie?

E.K.: – Tak, w 2007 roku prowadziliśmy projekt pomocowy w Tybecie, a po nim zdecydowaliśmy się podjąć działania na rzecz uchodźców mieszkających w Polsce. Najpierw zbieraliśmy informacje o tym, kim są uchodźcy w Polsce, wiedzieliśmy, że Tybetańczyków jest bardzo niewielu. Wtedy było ich zaledwie dwudziestu. Pojechaliśmy do ośrodków. Byliśmy w Lublinie, Leonowie.

Niedługo potem nawiązaliśmy współpracę z Urzędem do spraw Cudzoziemców. I to był początek działań edukacyjnych i integracyjnych. Z czasem nawiązaliśmy współpracę z kolejnymi ośrodkami, szkołami, do których chodzą dzieci uchodźcze. Organizowaliśmy zajęcia artystyczne, edukacyjne, kursy języka polskiego, angielskiego, czeczeńskiego. Były też kursy zawodowe.

A potem rozpoczął się projekt „Głosem kobiet”, który jest najmniej „pomocowy” nawet dla samych uchodźczyń będących głównymi bohaterkami projektu.

E.K.: – Tutaj nacisk położony został na aspekt informacyjny, wspierający polskie społeczeństwo w przyjmowaniu uchodźców i uświadamiający o obecności uchodźców w Polsce. To może trochę przewrotne, ale projekt „idealnie” wpisał się w nastroje społeczne, kiedy trzeba było informować o tym, że w Polsce już są uchodźcy, są muzułmanie.

Zaczęliśmy dostawać pytania o uchodźców od znajomych, osób, które interesują się otaczającym je światem. Oni po prostu nie wiedzieli, że Polska cały czas przyjmowała uchodźców. Ich nie było widać w przestrzeni publicznej, oczywiście ta grupa nie przyjechała nagle w jedno miejsce. To były osoby, które przewinęły się przez Polskę w ciągu kilkunastu lat. Ale widocznie też nie było historii negatywnych, które przedostałyby się do opinii publicznej i zaważyły na negatywnym odbiorze uchodźców w naszym kraju.

Jak można tę sytuację wykorzystać do działań Stowarzyszenia?

E.K.: – Na pewno fakt, że jako kraj mamy już kilkanaście lat doświadczeń w przyjmowaniu uchodźców. Fakt, że uchodźcy w Polsce mieszkają. Nie jest ich wielu, ale są. I to chcieliśmy podkreślić, ich obecność i „zwyczajne życie” wśród nas.

To było naszą ideą, pokazać tę zwyczajność naszych bohaterek biorących udział w projekcie. Dodatkowo chciałyśmy z tą informacją dotrzeć do mniejszych miejscowości. Bo tam często obecność uchodźczyń budzi zdziwienie.

Spotkałyście się z jakąś zaskakującą sytuacją z tym związaną?

E.K.: – Podczas jednego spotkania jedna z pań zapytała mnie, czy długo już mieszkam w Polsce, czasami słyszę, że bardzo dobrze mówię po polsku. Zdarzają się sytuacje, że jestem mylona z uchodźczyniami, które zabieramy na spotkanie. To są zabawne sytuacje. I pokazują, że z jednej strony w większości kobiety uchodźczynie niewiele różnią się od polskich kobiet, a z drugiej strony ta niewiedza kolejny raz się ujawnia.

Projekt, poprzez te spotkania, miał też przyczyniać się do lepszej integracji uchodźców z polskim społeczeństwem. Udało się?

E.K.: – Przede wszystkim to bezpośrednie spotkanie dało możliwość rozmowy, poznania się. Nie możemy mówić, że podczas spotkań dochodziło do wielkiej integracji. Jedno spotkanie to za mało, ale ten moment bycia razem był naprawdę bardzo ważny.

To samo było w przypadku warsztatów odbywających się w formie zbliżonej do „żywej biblioteki”. Już sam fakt spotkania z „żywą książką” dawał bardzo dużo pozytywnych efektów. „Żywe książki” spotykały się z młodzieżą licealną. Ta grupa jest często krytycznie nastawiona do uchodźców, wyraz tego dają fora internetowe, media społecznościowe. Uważam, że tej nienawiści byłoby mniej, gdyby każdy z tych młodych ludzi miał możliwość bezpośredniego kontaktu, rozmowy. Jeżeli jakaś kobieta – uchodźczyni przedstawia swoją historię, rozmawia z młodzieżą, odpowiada na ich pytania, to wtedy trudniej ją potem hejtować, trudno ziać do niej nienawiścią.

Oczywiście nie chodzi o to, żeby przekonać, że wśród uchodźców nie ma złych ludzi. W każdej grupie społecznej, w każdym narodzie są takie osoby. Nie chodzi o wybielanie uchodźców, ale o możliwość poznania tych konkretnych osób mieszkających niedaleko, będących częścią społeczności lokalnej, do której należy ta młodzież.

Czy w Twojej opinii ta kampania wyglądałaby inaczej, gdyby nie wydarzenia związane z napływem tak dużej liczby uchodźców do Europy i toczącej się wokół tego dyskusji?

E.K.: – Zdecydowanie tak. Nasza kampania ruszyła co prawda wcześniej, ale swoje apogeum osiągnęła w momencie, kiedy w mediach toczyła się najbardziej zażarta dyskusja przeciwników i zwolenników przyjmowania uchodźców. Trafiliśmy na naprawdę trudny moment.

Kampania trwa nadal i wciąż ta atmosfera wokół uchodźców jest nie najlepsza. Pojawiają się kolejne doniesienia, wydarzenia, które wzniecają negatywne emocje – przykładem są tutaj wydarzenia w Kolonii i innych miastach. To, co się tam stało, to wielka krzywda dla kobiet, ofiar tego zajścia, ale jednocześnie to wielka krzywda dla uchodźców. To co zrobiła ta grupa osób, która powinna być jak najszybciej schwytana i osądzona za swoje działania, bardzo negatywnie rzutuje na wszystkich uchodźców.

Z jednej strony to jest zrozumiałe, nie chcemy przyjmować ludzi, którzy będą łamali prawo, którzy mogą nam zrobić krzywdę. Tego się po prostu boimy. Ale musimy pamiętać o tych, którzy naprawdę pomocy potrzebują. Nie możemy się przed nimi zamknąć. Nie może tak być, że nikomu nie pomożemy, bo wśród nich są bandyci.

A czy z perspektywy czasu i tych wszystkich wydarzeń dodałabyś coś do tej kampanii, albo z czegoś zrezygnowała?

E.K.: – Na pewno bym z niczego nie rezygnowała. Zebrane informacje zwrotne dają nam świadomość, że te działania przynoszą efekty i spotykają się z dobrym odbiorem. Film, emitowany kilka razy na antenie TVP Lublin, zebrał pozytywne recenzje. Dodatkowo był on prezentowany podczas spotkań w Klubach Kobiet, wtedy dostawałyśmy bezpośrednio informacje zwrotne na jego temat. I naprawdę się podobał, był poruszający.

Tak samo piosenka, która została profesjonalnie przygotowana, a dodatkowo wpisuje się nie tylko w kampanię, ale w dyskusję toczącą się wokół przyjmowania uchodźców. Mówi o sytuacji kobiet, o ich problemach. To się świetnie wpisuje w historie kobiet, które znamy.

Co okazało się największym sukcesem kampanii?

E.K.: – Może zacznę od projektu. Wydaje mi się, że każde działanie miało pozytywną wartość. Warsztaty w szkołach były odpowiedzią na potrzebę wielokrotnie zgłaszaną nam przez nauczycieli, dyrekcje. One po prostu były bardzo potrzebne. W programach nauczania bardzo mało się o tym mówi. Młodzież nie ma możliwości spotkania się z osobami z innych kultur, z uchodźcami. Tego kontaktu bardzo brakuje. To pokazały warsztaty z wykorzystaniem formy „żywych książek”.

Jesteśmy jako społeczeństwo tak hermetyczni, że trudno nam jest zrozumieć, że są inne narodowości i są częścią polskiego społeczeństwa. Musimy się uczyć od nowa tego, co w Polsce miało już miejsce – czyli tego współistnienia wielu kultur i narodów. I w szkole takich działań brakuje. A ludzi z innych kultur będzie tylko więcej. Bo Polska nie stoi przed dylematem czy przyjmować uchodźców. My ich musimy przyjąć, to wynika z wielu zobowiązań i to się już dzieje. My stoimy przed dylematem, w jaki sposób ich przyjmiemy i co zrobić, żeby byli zintegrowani z polskim społeczeństwem i jak my jako przyjmujący się do tego przygotujemy. Tego też należy uczyć w szkołach.

To nie są łatwe działania. Ale staramy się je podejmować na przykład poprzez warsztaty stworzenia „Wioski pokoju”. Młodzież wspólnie musi się zastanowić jak stworzyć przestrzeń do tego, żeby wiele kultur i religii mogło ze sobą współistnieć. Zapraszamy do szkół uchodźczynie, po to żeby młodzież mogła je zobaczyć i z nimi porozmawiać, dowiedzieć się od nich, jak wygląda ich sytuacja, ale także jak wygląda kraj, z którego przyjechały, jakie mają zwyczaje kulturowe i religijne.

Uchodźczynie zapraszałyście nie tylko do szkół

E.K.: – Tak. Jeździły z nami, o czym już wspominałam, na spotkania w Klubach Kobiet. Po to, żeby się poznać, porozmawiać, ale też wspólnie coś zrobić – zaśpiewać, ugotować – nie do końca jest ważna tu forma. Ważne, żeby zrobić coś razem, na równych zasadach. Pokazać, że te kobiety nie są żadnym zagrożeniem dla naszego społeczeństwa, że to nie są złe osoby. I te spotkania też należy rozpatrywać w kategorii sukcesu. One były bardzo ważne także dla nas. Pokazywały jaką siłę ma bezpośredni kontakt i rozmowa. Niezwykle ważne były też dla naszych kobiet, z którymi przyjeżdżałyśmy. Ktoś nagle je traktował „po ludzku”.

Myślę, że ludziom w tak trudnej sytuacji, jaką jest opuszczenie swojego domu, migracja, uchodźstwo, często najbardziej brakuje nie współczucia, ale takiego zwykłego traktowania, jak traktuje się koleżanki, sąsiadki, znajome. Docenienia zwykłych umiejętności, takich jak, jakkolwiek to brzmi, robienia np. cieniutkich, smacznych naleśników, czy też wspaniałych gołąbków w liściach winogron albo umiejętność pięknego śpiewu.

Powróćmy jeszcze do kampanii. Można ją oceniać w kategorii sukcesu?

E.K.: – W ocenie, czy kampania była sukcesem, czy nie, może pomocne być to, że opinie, które pojawiają się na stronie kampanii umieszczonej na Facebooku, to są głosy bardzo pozytywne. Nie spotkałam się z żadnym „hejtem”.

Nie wiem, czy to jest do końca spowodowane formą kampanii, w której koncentrujemy się głównie na kobietach – ich losach, problemach, wyzwaniach, przed którymi stoją. Być może łatwiej dotrzeć do naszego społeczeństwa właśnie poprzez historie kobiet. Tym bardziej, że teraz w mediach jest duży opór przeciwko „samotnym mężczyznom”. Od razu pojawiają się komentarze – dlaczego nie walczy o swój kraj, dlaczego uciekł.

W przypadku kobiet nie ma takich pytań, z nimi szybciej się utożsamiamy. Nie chodzi o to, że mamy różnicować, o kim mamy mówić w swoich projektach, a o kim nie. Ale z naszego doświadczenia wynika, że te spotkania z kobietami czy film, który powstał z ich udziałem, nagrane historie mówione, miały bardzo pozytywny odbiór.

Na koniec wspomnijmy jeszcze o organizacji partnerskiej.

E.K.: – Projekt był realizowany we współpracy z jedną z największych norweskich organizacji pozarządowych, która posiada ogromne doświadczenie w obszarze integracji uchodźczyń i migrantek z norweskim społeczeństwem. Norwegian People's Aid na całym świecie prowadzi warsztaty „Women can do it”, których celem jest aktywizacja i wzmocnienie kobiet. Takie szkolenie było też w Lublinie, w ramach naszego projektu. I tylko jedno szkolenie to na pewno zdecydowanie za mało.

Bardzo szkoda, że nie miałyśmy możliwości na przeprowadzenie większej ilości takich spotkań. Widziałyśmy, jak te warsztaty sprawiają, że kobiety biorące w nich udział się otwierają, mówią o swoich potrzebach, mówią o sobie. Dużo większe efekty byłyby, gdyby takie działania mogły być kontynuowane.

 

Projekt "Głosem kobiet" realizowany jest w ramach programu "Obywatele dla Demokracji" finansowany z Fudnuszy EOG.

Strona kampanii znajduje się pod adresem https://www.facebook.com/kampaniajestemkobieta/?ref=hl.


LOGO

Wiadomość nadesłana przez czytelniczkę/czytelnika portalu www.ngo.pl.

Źródło: inf. nadesłana
Data wydarzenia: od 2016-01-22 do 2016-03-31
Organizator:

Stowarzyszenie "Dla Ziemi"

Adres:

Bratnik 5, 21-132 Kamionka, woj. lubelskie

Tel.:

81 852 78 76, 603 882 082

Www:

http://www.dlaziemi.org 

Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 3 1

Skomentuj

KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • cudzoziemcy, migranci
  • integracja społeczna
  • kobiety
  • polityka społeczna
  • pomoc humanitarna
  • przeciwdziałanie przemocy