Przejdź do treści głównej

Spodziewałyśmy się 50 tysięcy głosów. Były ich… cztery miliony [patronat ngo.pl] [wywiad]

autor(ka): Ignacy Dudkiewicz, wiadomosci.ngo.pl
2015-09-21, 03:20
archiwalne
Zdarzało się, że nawet księża podczas ogłoszeń parafialnych zachęcali do głosowania. Po jednym z takich apeli starsi ludzie przyszli głosować z dowodami osobistymi. Głosowanie to głosowanie! Udało się zaangażować naprawdę całe miejscowości – o projekcie „Pracownie Orange” opowiadają Karolina Kanar-Kossobudzka i Antonina Bojanowska.

Ignacy Dudkiewicz: Powiedzcie szczerze, ilu głosów się spodziewałyście?

Karolina Kanar-Kossobudzka: – Marzyłam, żeby było pięćdziesiąt tysięcy. Wszyscy pukali się w głowę, mówiąc, że to bardzo ambitny cel. To, co się stało potem, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Bo ważnych głosów było ponad cztery miliony.

Czyli osiemdziesiąt razy więcej.

K.K-K.: – Tak. Oczywiście to nie oznacza, że zagłosowały cztery miliony osób. Codziennie można było oddać pięć głosów. Niemniej samych zarejestrowanych kont było 182 tysiące.

Antonina Bojanowska: – Głosowanie było zabezpieczone technicznie, a wszystkie głosy zostały zweryfikowane pod względem poprawności. Na daną miejscowość mogli zresztą głosować internauci z różnych regionów. Zależało nam na tym, bo przecież są osoby, które utożsamiają się z więcej niż jednym województwem i darzą sympatią różne miejscowości.

Skąd wziął się taki sukces? Macie pomysł?

K.K-K.: – Z kilku rzeczy. Po pierwsze, istnieje ogromna społeczna potrzeba tworzenia w małych miejscowościach takich placówek jak Pracownie Orange. Z perspektywy dużego miasta, wydaje nam się czasem oczywiste, że każdy ma łatwy dostęp do internetu i komputera. A w mniejszych ośrodkach to jest prawdziwe wyzwanie – poważny wydatek, na który często w budżecie domowym nie udaje się znaleźć pieniędzy. A każda taka Pracownia to miejsce do nauki, pracy, zabawy…

To czasem pierwsze miejsce w gminie z komputerem i internetem?

K.K-K.: – Różnie bywa. Ale często w placówkach, które aplikowały do nas – a więc w szkołach, domach kultury czy bibliotekach (choć one zyskały już mocne wsparcie w ramach Programu Rozwoju Bibliotek) – sprzęt jest przestarzały. Nasz program był dla wielu instytucji szansą na posiadanie nowoczesnych, dobrej klasy urządzeń. Dla maleńkich społeczności to naprawdę był „łakomy kąsek”.

A.B.: – Głosów było tak dużo, bo te małe społeczności się niezwykle zmobilizowały. W dużym mieście podobne głosowanie byłoby pewnie jednym z tysięcy wydarzeń i inicjatyw, jakie się dzieją. A w małej wsi czy w miasteczku wokół podobnego wyzwania mobilizuje się cała społeczność. To głosowanie było też szansą na to, aby mieszkańcy mogli już od samego początku zjednoczyć się wokół wspólnej idei i poczuć, że robią coś razem. Kandydujące grupy inicjatywne promowały też głosowanie wśród mieszkańców i aktywnie zachęcały do udziału. Czasami działały dość podstawowymi metodami, ale niezwykle ujmująco.

Opowiedzcie.

K.K-K.: – W Czeszowie, pomimo wakacji, szkoła była codziennie otwarta. Ustalono dyżury wolontariuszy – nauczycieli i uczniów – potrafiących obsługiwać komputer. Mieszkańcy, także seniorzy i seniorki, mogli przychodzić i z ich pomocą głosować. Niektórzy przychodzili codziennie.

A.B.: – W Szczekarkowie mieszkańcy z własnym mobilnym sprzętem chodzili od domu do domu, zakładając konta kolejnym osobom i zapraszali ich do głosowania. Jeszcze inna wieś, Dubiny, zrobiła stanowisko mobilne na festynie. No i wreszcie moja ulubiona historia, kiedy pani sołtyska zrobiła sobie zdjęcie na tle ogrodzenia swojego domu i dodała do niego napis: „Jakie jeszcze zdjęcie muszę sobie zrobić, żebyście zagłosowali na Pracownię Orange?”.

Rzeczywiście ujmujące.

K.K-K.: – Te historie wyciskały nam łzy z oczu przez trzy tygodnie głosowania. Podobnie jak historia dwóch miejscowości, które postanowiły w województwie lubelskim sobie wzajemnie pomagać i głosować na siebie nawzajem.

A.B.: – Naprawdę używano wszelkich metod: plakatów, memów, lokalnych mediów, zdarzało się, że nawet księża podczas ogłoszeń parafialnych zachęcali do głosowania. Po jednym z takich apeli, w Huszlwie, niektórzy starsi ludzie przyszli głosować w szkole z dowodami osobistymi. Głosowanie to głosowanie! Udało się zaangażować w to naprawdę całe miejscowości.

Wróćmy do idei. O co chodzi w Pracowniach Orange?

A.B.: – Z badań, które przeprowadziliśmy na starcie programu, wynika, że w małych miejscowościach i wsiach ludzie mniej korzystają z internetu niż w dużych miastach. Pomysł na Pracownie Orange wziął się właśnie z tej obserwacji. Chcieliśmy stworzyć miejsca, w których mieszkańcy małych ośrodków będą mogli korzystać z dobrego sprzętu. Zależało nam jednak, żeby nie tylko przywieźć komputery i założyć internet, ale także dać lokalnym społecznościom bodziec do rozwoju, żeby wykorzystywały te możliwość jak najlepiej.

To znaczy?

K.K-K.: – Pracownia to nie tylko multimedia. To także miejsce spotkań, rozwijania swoich pasji, pożytecznego działania na rzecz swojego otoczenia. Oprócz sprzętu w każdej pracowni potrzebny jest więc program bezpłatnych zajęć, kursów, warsztatów – jak najlepiej dostosowany do lokalnych potrzeb. Tylko takie zgłoszenia – z pomysłem na działalność na rzecz mieszkańców – przyjmowaliśmy. Od początku o to nam chodziło: dajemy sprzęt, możliwości techniczne, ale dajemy też wsparcie – szkolimy liderów (choćby z pozyskiwania funduszy), pomagamy im budować społeczność, tworzymy z nimi sieć, rozdajemy małe granty, a nawet wprowadzamy elementy grywalizacji.

Jak to wygląda?

K.K-K.: – Na platformie, na której liderzy mogą się ze sobą kontaktować, wymieniać pomysłami, wzajemnie inspirować i podejmować współpracę, mogą też brać udział w realizacji wyzwań. Za ich wykonanie otrzymują punkty, które później można wymienić na nagrody w postaci kolejnego sprzętu – aparatów, dyktafonów, laptopów, ale też zestawów książek, gier planszowych czy sprzętu sportowego. To wszystko dzieje się na miejscu. Staramy się możliwie mało narzucać im zza warszawskiego biurka.

Co wchodzi w skład Pracowni?

K.K-K.: – Każda Pracownia wyposażona jest w trzy komputery z dostępem do internetu, telewizory oraz konsolę do gier. To wszystko to taki wabik. Jak już ludzie przyjdą, można ich „zaatakować” zajęciami i propozycjami na inne formy spędzania czasu. W bieżącej edycji pakiet startowy zawiera również urządzenie wielofunkcyjne – drukarkę, skaner, ksero – bo tego niezwykle brakuje w małych miejscowościach. W ramach urządzania Pracowni zapewniamy też nowe meble oraz pieniądze na odświeżenie pomieszczenia.

Ile Pracowni otworzyliście?

A.B.: – W pierwszej edycji z 2012 roku powstało ich 50, w obecnej kolejne 27. Ale mamy chęć na więcej.

K.K-K.: – Zresztą otwarcie Pracowni to dopiero początek. Dokładnie śledzimy, co się dzieje w już otwartych placówkach. Właściwie codziennie dzwonimy, piszemy, kontaktujemy się przez portale społecznościowe. Znamy się też osobiście ze zjazdów liderów Pracowni. W listopadzie odbędzie się największy z dotychczasowych. Podczas takich zjazdów powstają świetne pomysły. To liderzy wymyślili na przykład stworzenie „Pomarańczowego szlaku” – systemu wzajemnego odwiedzania się dzięki malutkim grantom od nas. To służy i integracji, i inspiracji.

Kto mógł założyć Pracownię?

K.K-K.: – Wnioski przyjmowaliśmy od tak zwanych grup inicjatywnych. To mogły być instytucje kultury, szkoły, organizacje pozarządowe, ale też grupy nieformalne.

Którego typu grup jest najwięcej?

K.K-K.: – W pierwszej edycji najwięcej zgłaszało się domów kultury i świetlic wiejskich. W drugiej pojawiło się sporo organizacji pozarządowych, z czego jesteśmy szczególnie dumni, bo to znaczy, że nasz pomysł chwycił również w III sektorze.

A grup nieformalnych?

K.K-K.: – Jest ich trochę. Najczęściej podmiotem występującym w ich imieniu jest gmina. Niektóre z nich zresztą później założyły stowarzyszenia, inne zaś działają tak sprawnie, że niejedna organizacja mogłaby się od nich uczyć.

Grupa inicjatywna musiała liczyć przynajmniej pięć osób, w tym trzy pełnoletnie. Musiała znaleźć lokal oraz opiekuna – niekiedy jest to pracownik instytucji, czasem wolontariusz, a czasem Pracownią opiekują się różni ludzie na dyżurach. Tak jest w Łomnicy-Zdrój, gdzie lider pracowni, który nota bene został w międzyczasie wójtem, znalazł kilkanaście rodzin, które mają dyżury opieki nad Pracownią. W ten sposób cała wieś się w to angażuje.

A.B.: – Cieszy nas, że Pracownia jest także okazją dla rozwoju jej liderów. Są wśród nich tacy, którzy – zaczynając od Pracowni – nauczyli się przywództwa, potem diagnozowania potrzeb społecznych, realizowania strategii rozwoju placówki, aż w końcu zdecydowali się kandydować w wyborach samorządowych i teraz zarządzają gminami. Taką drogę przebyła najmłodsza pani wójt w województwie lubelskim, która ma 26 lat, a „wyrosła” właśnie z naszego programu.

I władze gminy tak chętnie przyklaskiwały inicjatywie grupy nieformalnej czy organizacji?

A.B.: – Te dwie rzeczy mnie najbardziej zaskoczyły – oczywiście pozytywnie. Po pierwsze zaangażowanie całych miejscowości w prowadzenie Pracowni. Po drugie właśnie to, że gmina potrafiła zaufać nieformalnej grupie społeczników, bez silnego osadzenia w instytucjach.

W tym dwójce nastolatków…

K.K-K.: – Otóż to! Niektórych z nich być może wójt pierwszy raz widział na oczy. A jednak odważył się dostrzec w nich partnerów, przekazać im lokal i udział w programie.

W tej edycji otworzycie 27 pracowni. A ile było zgłoszeń?

K.K-K.: – Przyszło 1018 wniosków, co także nas zaskoczyło. Po weryfikacji formalnej i ocenie merytorycznej, której dokonała komisja złożona z naszych partnerów (Towarzystwo Inicjatyw Twórczych Ę, Fundacja Szkoła Liderów, Fundacja Dobra Sieć, Fundacja Highlight/Inaczej i Laboratorium EE), pod głosowanie poddaliśmy pięćdziesiąt lokalizacji. Próg punktowy był bardzo wysoki – otrzymaliśmy mnóstwo świetnych wniosków.

Z tych pięćdziesięciu 23 wnioski musiały w głosowaniu przegrać… Spotkałyście się z frustracją?

K.K-K.: – Oczywiście. Emocji było bardzo dużo. Spodziewaliśmy się tego. Dzwonili do nas ludzie z różnych miejscowości, mówiąc że dzieci są zawiedzione, a oni nie wiedzą, jak im wytłumaczyć, dlaczego dana miejscowość przegrała tak niewielką liczbą głosów.

A.B.: – Jeszcze trudniej było wtedy, gdy po zakończeniu głosowania musieliśmy zweryfikować głosy i odrzucić te oddane niepoprawnie – co zmieniało ostateczny wynik. I choć była o tym mowa w regulaminie od samego początku, to niektórzy zdążyli się już ucieszyć, by potem przeżyć rozczarowanie. Ale nie mieliśmy wyjścia. To był konkurs.

Mimo to smutno…

A.B.: – Żal nam było zwłaszcza jednej lokalizacji, wsi Lulemino, w której jest 110 mieszkańców, a zgromadzili kilkadziesiąt tysięcy głosów. Z podziwem patrzyliśmy, w jaki sposób zmobilizowali tylu internautów do codziennego głosowania. Oczywiście, głosowało na nich też dużo ludzi z innych rejonów Polski, których ujęło, że tak mała mieścina ma szansę wygrać. Ale – mimo tak gigantycznej pracy – nie udało się…

Oprócz trudnych emocji, widzę też, ile wam to sprawia frajdy…

K.K-K.: – To prawda. Żyję tym programem, jestem bardzo blisko z liderami. Mamy dusze społeczników, nie pracujemy w wielkim biznesie, tylko przy wielkim biznesie. To duża różnica. Rozwój małych miejscowości i rozwój osób, które spotykamy, to największa nagroda. Spotykamy ludzi, którzy niczego się nie boją, wchodzą w nowości. W pierwszej edycji pojawili się fenomenalni ludzie. Nie mogę się doczekać, kiedy spotkamy liderów nowych Pracowni.

A.B.: – Zawsze się trochę wzruszam, kiedy słyszę wypowiedź czternastolatki, która mówi, że Pracownia to jej „drugi dom”. Albo, że dzięki Pracowni młody chłopak poprawił oceny z przyrody. Albo jeszcze, jak liderzy mówią, że Pracownia to „najlepsza przygoda ich życia”. To bardzo budujące.

K.K-K.: – W Ostrowie Lubelskim był pewien nastolatek, który właśnie w Pracowni oglądał filmiki instruktażowe dotyczące robienia filmów i zaczął – aparatem z Pracowni – kręcić swoje pierwsze próby. Teraz filmuje wszystkie imprezy w gminie. Obudził się w nim talent. Inna dziewczyna zaczęła dzięki Pracowni robić zdjęcia i chce iść na studia fotograficzne. To pokazuje, jak niewiele trzeba. Nie oszukujmy się: to tylko trzy komputery i trochę dodatkowego sprzętu. Ale przy okazji objawiają się liderzy, którym chce się chcieć.

Macie doświadczenie dwóch edycji. Co dalej?

K.K-K.: – Na pewno chcemy robić kolejną edycję – być może już za dwa lata. Póki co chcemy porządnie popracować z liderami nowych Pracowni. A przede wszystkim chcemy móc za jakiś czas opowiedzieć jeszcze więcej takich historii jak te z Ostrowa Lubelskiego czy Łomnicy-Zdrój. To byłby nasz największy sukces.

 

Karolina Kanar-Kossobudzka – pracuje w Fundacji Orange jako koordynatorka programu Pracownie Orange. Odpowiedzialna jest za prawidłowy przebieg programu oraz merytoryczne wsparcie dla Pracowni, w szczególności za pomocą nowych technologii. Od lat związana z działalnością społeczną, edukacją i zarządzaniem projektami. Prywatnie miłośniczka dalekich podróży.

Antonina Bojanowska – w Fundacji Orange jest koordynatorką ds. komunikacji. Ukończyła socjologię na UAM w Poznaniu. Z trzecim sektorem związana od 2008 roku, głównie w obszarze działań edukacyjnych.


Informacja własna portalu ngo.pl

Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 1 0

Skomentuj

KOMENTARZE

  • „Pracownie Orange” ~Prezes 22.10.2015, 08:59 A czy organizatorzy zastanowili się co będzie z tymi dzieciakami za 10-20 lat? bo ja wiem co ich czeka ! Wiadomo nam, że na dolegliwości mięśniowo - szkieletowe cierpi aż 9 milionów Polaków, spośród których za kilka lat około 40 proc. nie będzie zdolnych do pracy. Tylko w 2006 -2007 roku 40% proc. orzeczeń o rencie inwalidzkiej wydano właśnie z powodu chorób mięśniowo szkieletowych. Ból kręgosłupa , w szczególności odcinka lędźwiowego, uznano za schorzenie cywilizacyjne. A co nas martwi najbardziej to ,że wśród tej grupy jest duża skala dzieci. Tak więc należałoby zastanowić się jak podać tego typu urządzenia by nie przyczyną ich niepełnosprawności,kalectwa. byłbym za tym by firma Orange zaangażowała się w walkę z tą PATOLOGIĄ ! Nie kaleczmy własnych dzieci ! Przez ostatnie 10 lat staraliśmy sie podpowiedzieć praktycznie systemowi jak zmniejszyć skalę tego zjawiska - ale ktoś nie dostrzega problemu wiec daliśmy sobie spokój na chwilę i zajęliśmy się własną grupą Seniorami. Bo nikt o Nas się nie zatroszczy jak widzimy na chwile obecna co nie znaczy ,ze temat dzieciaków odstawiamy całkowicie. Jesteśmy gotowi podzielić się naszą wiedzą, doświadczeniem z tymi,którzy chca lokalnie temu zapobiec - www.seniorplus.org ODPOWIEDZ
  • głosowanie ~osoba oostronna 21.09.2015, 10:56 Ja osobiście omijam tego typu projekty. Głosowania przez internet są nieuczciwe. Kiedyś zgłosiłem się do konkursu i przyszedł mi z pomocą kolega który. Przysłał zestaw 100 kont mailowych z hasłami. Opuściłem. ODPOWIEDZ

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • aktywność lokalna
  • animacja
  • edukacja
  • nowe technologie
  • PR, promocja, wizerunek
  • społeczeństwo obywatelskie
  • wieś
  • współpraca z biznesem