– W tej imprezie stawiamy na nieformalny kontakt z radnymi – mówi Magda Mazur ze Stowarzyszenia Szkoła Liderów, jedna z organizatorek spotkania. – Każdy z nich odniósł się pozytywnie do tej akcji, nawet przyszli na spotkanie ze swoimi kolegami radnymi.
Rozmowy kawiarniane
Siedem stolików. Przy każdym radna lub radny. Na stole oczywiście lemoniada i ciasteczko. Wokół tłum ludzi. Trudno się przecisnąć.
Podchodzę do stolika, gdzie siedzi Jakub Jagodziński, radny dzielnicy Praga Południe. Pytam, jak sobie wyobrażał to spotkanie.
– Myślałem, że ludzie będą pytać o stadion Legii. I rzeczywiście pytali, ale też o inne kluby warszawskie i działalność sportową Pragi Południe. Samo spotkanie jest bardzo sympatyczne i przyjemne. Jest zupełnie inaczej niż w urzędzie, gdzie człowiek czuje się jak petent i po drugiej stronie biurka widzi tylko surowego urzędnika – mówi.
Przysiadam się do stolika, gdzie żywo dyskutuje radny Bartosz Dominiak.
– Jedna z osób przyszła w konkretnej sprawie. Placówka, w której się leczy, ma być połączona z inną, więc przyszła się zapytać, czy tak rzeczywiście musi się stać. Wczoraj w pracy zajmowałem się tą kwestią, więc mogłem udzielić szczegółowych informacji – opowiada radny.
Przy stoliku Adama Grzegrzółki, wiceburmistrza dzielnicy Praga Południe, wszystkie krzesła zajęte. Słychać pytania o ścieżki rowerowe, stadion Legii i segregację śmieci. Paweł, student Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego przyszedł z konkretną sprawą.
– Studenci chcieliby, żeby przez Lasek Bielański przejeżdżał autobus, ale to spotyka się z olbrzymimi protestami ekologów. Przyszedłem się zapytać, co mogę zrobić. O tej akcji „Wypij lemoniadę z radnym!” dowiedziałem się z Grona. Bardzo mi się podoba taka nieoficjalna atmosfera. Czuję, że uda się coś konkretnego zrobić z tą sprawą, że to nie tylko ciepłe pogaduszki przy kawce.
Obok Pawła siedzi Monika, która uważa, że takie spotkania to genialny pomysł. Relacja radny – obywatel zupełnie inaczej się rozkłada. Ludzie przełamują wewnętrzne bariery.
Czy warto iść do radnego?
Sympatyczne rozmowy w kawiarni to jedno, ale na co dzień mieszkańcy uważają, że nie warto iść do radnego swojej dzielnicy. Jak to zmienić? To pytanie było przedmiotem półtoragodzinnej, burzliwej dyskusji.
– Czuję się reprezentantem mieszkańców dzielnicy. Niestety, w Warszawie jest mało czytelna relacja między mieszkańcem a radnym. Zgadzam się z tym, że są różni samorządowcy, bo są różni ludzie. Ale z racji swojej funkcji wiem, że radni często do mnie przychodzą i poruszają różne sprawy – mówi Adam Grzegrzółka, wiceburmistrz dzielnicy Praga Południe.
– Kto z państwa już wcześniej przychodził do radnego i go znał? – kieruje pytania do sali Maria Makowska ze Szkoły Liderów.
Głos z sali: Przyszedłem do radnego, ale go nie było. Chodziło o parkowanie na mojej ulicy.
Głos z sali: Brakuje mi kontaktu mailowego z moim radnym. Nie mam czasu przyjść, ale możnaby maila napisać.
– Media wymuszają na samorządowcach działanie – uważa Jacek Powałka aktywny mieszkaniec Warszawy; twórca inicjatywy Nasz Park na Kabatach.
Głos z sali: Nigdy nie byłam u radnego, bo brak mi wiary, że mogłabym coś u niego osiągnąć.
– Praca u podstaw. Trzeba chodzić do szkół i tłumaczyć od małego, po co są radni i na czym polega obywatelstwo – stwierdza Jacek Powałka.
Czasem radni wykazują nawet zrozumienie. Mówią, że nas rozumieją, ale niestety nic w tej sprawie nie można zrobić. Jest potrzebny jakiś spektakularny sukces, żeby ludzie uwierzyli, że radni mogą im pomóc – uważa Katarzyna Świątkiewicz, aktywna mieszkanka Warszawy, liderka protestu w obronie pl. Wilsona przed bankami.
Głos z sali: Trzeba znać radnych przed wyborami. My wybieramy, my rozliczamy. Na tym polega obywatelstwo. Warto pójść do radnego, chociaż już wtedy lemoniady nie będzie!